niedziela, 29 kwietnia 2012

Niedźwiedź, psy i tunele... na niebie.


Wielka niedźwiedzica to naprawdę rozległy gwiazdozbiór… i bardzo nieciekawy. Tylko dwie rzeczy są warte wspomnienia, z czego widać tylko jedną. Gwiazdy często powstają w układach wielokrotnych, ale druga gwiazda „ogona” jest układem składającym się z aż sześciu gwiazd.  Dodatkowo jest tam największa i jak dotąd najdalsza zaobserwowana czarna dziura jaką znaleźliśmy. Jednak jeżeli chodzi o historię, to wielka niedźwiedzica jest ważnym… eksponatem archeologicznym. Nawet Indianie, którzy oddzieli się od reszty świata wiele tysięcy lat temu rozpoznają te gwiazdy jako niedźwiedzia. Zaznaczam, że chodzi o cały gwiazdozbiór. Ale praktycznie wszyscy wielką niedźwiedzicę (mylnie) kojarzą z najjaśniejszym jej fragmentem – wielkim wozem.



Wielki wóz – tak jest rozpoznawany w większej części Europy. Natomiast w Wielkiej Brytanii i Irlandii znany jest jako pług.  Używali jej niewolnicy w USA, a „podążanie za tykwą”, oznaczało podążanie na północ, która dawała (mylną) nadzieję wolności. Jest (chyba każdy się z tym zgodzi) najbardziej rozpoznawanym elementem nieba, po słońcu i księżycu.

Jeżeli weźmiemy „dyszel” i przeciągniemy go równolegle w dół, to dojedziemy do następnego gwiazdozbioru. Chociaż jeżeli mamy coś zapamiętać, zapomnijmy o wozie i powróćmy do niedźwiedzia. Ogon niedźwiedzicy jest ścigany przez Psy Gończe, całkiem mały i ciemny gwiazdozbiór.



Jednak aby cokolwiek mądrego napisać, chciałbym rzucić światło, jak gwiazdy tworzą światło – nie jest to takie oczywiste jak się wydaje.

Ludzie od dawna zastanawiali się skąd bierze się potęga słońca, które świeciło i ogrzewało nas …od zawsze. Wielką łamigłówką dla badaczy był skład słońca, który odkryto w XIX wieku. Słońce, jak się okazało, składa się niemal wyłącznie z dwóch najlżejszych pierwiastków we wszechświecie – wodór i hel. 



Hel uzyskał swoją nazwę od Heliosa, ponieważ odkryto go najpierw na słońcu. Przez prawie trzydzieści lat wierzono, że na ziemi nie ma helu, ponieważ hel jest gazem szlachetnym i szybko ucieka z atmosfery. Hel ma również polski akcent, nasze złoża gazu są jednymi z najbogatszych w hel. Dodatkowo jako jedyni w całej Unii posiadamy instalację do pozyskiwania helu. Dzięki temu, jesteśmy jednym z zaledwie sześciu państw, które mogą produkować hel. Ale wróćmy do gwiazd.

Dzięki słynnemu równaniu Einsteina okazało się, że masa to bardzo mocno upakowana energia. Znano też, z czego zbudowane są atomy (neutrony, elektrony, protony). Łączna suma części składowych czterech wodorów jest taka sama jak jednego atomu helu – jednak hel miał mniejszą masę. Łącząc to wszystko powstała teoria, że cztery atomy wodoru łączą się w atom helu, a brakująca masa daje energię. Tak odkryto zjawisko fuzji. Oczywiście teoria okazała się prawdziwa, ale…



Coś się nie zgadzało. Okazało się, że słońce ma o wiele za małą temperaturę, aby fuzja mogła mieć miejsce. Cząsteczki nie miały dość energii, aby się połączyć. Z pomocą przybyła mechanika kwantowa w postaci zjawiska tunelowania.

Tunelowanie stoi naprzeciw codziennym doświadczeniom. Jeżeli mamy do przeskoczenia pięciometrowy mur, to powiemy, że nam się nie uda bo nie mamy tyle energii aby to zrobić. Jednak jeżeli weźmiemy odpowiednio małe odległości i małe cząsteczki – jakie napotykamy w skali atomowej – to od czasu do czasu udaje się dokonać rzeczy pozornie niemożliwej. Tak właśnie dzieje się na słońcu. To zjawisko ma poważne implikacje. Po pierwsze dzięki temu słońce pali się naprawdę powoli, metr sześcienny słońca produkuje zaledwie 5 watów energii! Takie powolne spalanie daje czas aby mogło powstać życie. Z drugiej strony, jeżeli chcemy kiedyś wybudować elektrownie termojądrową, to musimy stworzyć warunki co najmniej dziesięć razy gorsze niż w sercu słońca.

Pozdrawiam.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Kraina niewidzialnych granic.

Blog istnieje od jakiegoś czasu, jednak nie poświęciłem nigdy zbyt wiele na opisanie gdzie cała akcja się toczy. A jest to miejsce szczególne pod każdym względem. I całkiem przewrotnie dzisiaj bez zdjęć, ale za to z filmem (nie moim).

Zacznijmy od historii. Jeżeli wyjdę przed dom, widzę przed sobą pole, a za tym polem – zaledwie dwieście metrów – znajduje się bardzo zwykły rów. Jak się jednak okazuje, wcale taki zwykły to on nie jest. Pierwszy raz stał się ważny po powstaniu wielkopolskim. W ramach nowych granic, stał się on granicą państwową. Nie trwało to jednak zbyt długo. Zaraz po przegranej kampanii wrześniowej, Hitler przesunął granicę na tereny sprzed powstania. Ledwie kilka lat później unieważniono ten dekret (razem z całą rzeszą). Jednak odzyskanie statusu granicy było już naprawdę mało ważna dla tego rowu, bowiem nowe granice (chodź jeszcze nie ogłoszone publicznie), już istniały. Obecnie, z dala od granicy państwowej, rów został zdegradowany… do granicy województwa. I to wszystko w czasie mniejszym niż sto lat i na dodatek prosto przed moim domem.


                Polityka polityką, ale Las Mira również znajduje się geograficznie na granicy. Jeżeli pójdę na wschód, to jestem w krainie Wzgórz Ostrzeszowskich. Wzgórz jest wiele, dlaczego więc są szczególne? Ano dlatego, że niecałą godzinę jazdy rowerem od domu znajduje się Kobyla Góra – najwyższy szczyt Wielkopolski. Tak więc jeżeli ktoś chce przyjechać „na widoki”, to je znajdzie.

środa, 11 kwietnia 2012

Delfin polny i wyróznienia.

Nigdy nie ma dwóch takich samych spacerów. Jednak czasami znaleziska jakie napotykamy na drodze są tak niesamowite, że nikt by nam nie uwierzył. Szybki przykład.

Do najbliższego domu około 1,5km. Pola z trzech stron, las z czwartej. Nie ma nikogo, odludzie aż strach serce bierze. I oto na tym pustkowiu, beztrosko patrzący na zachodzące słońce… delfin. Nie napiszę nic więcej na ten temat, bo już widać, że sensu to nie ma żadnego. 


Ale tematem tego posta tak naprawdę są… wyróżnienia! Mam do wyboru pięć blogów. Jednego wybrać nie mogę, taki regulamin i nic nie poradzę. A oto lista.



O obrotach sfer niebieskich – wieści z kosmosu, czyli to co tygryski lubią najbardziej.
Nasze Pogórze – tam to jest dzika przyroda…
Kroniki Domowe – duży nacisk na historię okolicy, co bardzo lubię.
Ostoja Tupai – Psy, konie, motyle, dzieci… a wszystko na wsi ;)
Leśne sprawy – ciężka praca zawarta w bardzo dobrych zdjęciach.

I inne osoby, o których wspomnieć nie mogę ale bardzo za twórczość lubię… następnym razem :) Pozdrawiam.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Raniuszek, mały ptak o wielkim sercu.

Raniuszek - Aegithalos caudatus

Niedawno pokazywałem żurawia, największego ptaka Polski. Z kolei Raniuszek to jeden z najmniejszych ptaków naszych ziem. Waży zaledwie 7-9 gramów, czyli około siedmiuset razy mniej! Jest to o tyle ciekawe, że przy tak śmiesznej wadze dalej pozostawiona jest pełna złożoność organizmu ptaków.



Raniuszek, o ile go zauważymy, jest bardzo łatwy do rozpoznania. Jest mniejszy od dowolnej sikorki, jednocześnie posiadając absurdalnie długi ogon. Wygląda jak jako trzymane na łyżce, ale bardziej obrazowe jest porównanie go do starej, dziadkowej fajki.

Jak to ptak, zjada owady i nasiona. Oczywiście muszą zmieścić się one do dzioba, co w przypadku raniuszka może być trudne. Z tego powodu lubi „miękką” zdobycz – jaja i gąsienice motyli.



Raniuszki są ze wszech miar zadziwiające, jeżeli chodzi o lęgi i zwyczaje z nimi związane. Lęgnie się dwa razy do roku, w kwietniu/maju oraz w maju/czerwcu. Jak na tak malutkiego ptaka znosi mnóstwo jaj; w pierwszym lęgu osiem do dwunastu, w drugim sześć do siedmiu. Jest to o tyle ciekawe, że każde jajko ma rozmiary 1,4cm x 1,1cm, a sam ptak bez ogona ma długość sześciu centymetrów. Może wydawać się to dziwne, aby w pojedynczym lęgu masa i rozmiar jajek była większa niż sam ptak. Temat jajek jest bardzo ciekawy i (co dziwne) dosyć przyjemy. Napiszę o nim kiedyś, chociaż nie mam pojęcia jak zdobyć materiał foto do niego.



Gniazdo… kolejna niespodzianka. Jako ptak osiadły raniuszek ma interes w tym, aby gniazdo było solidne. Jest to zamknięta, bardzo wytrzymała komora z jednym wyjściem. Lista materiałów budowlanych jest długa; mech, łyko, kora brzozowa (te cieniutkie paski które odchodzą od kory), porosty, włosy, sierść, pajęczyna, pióra. Budowa trwa długo, bo od dziewięciu do osiemnastu dni. Gniazdo jest dziełem pary, ale ze specyficznym podziałem ról; samica zajmuje się właściwą budową, natomiast samiec szuka i przynosi budulec. Należy dodać, że dorosłe raniuszki w gnieździe nie śpią.



Mając dwanaście dziobów do wykarmienia, raniuszki mają skrzydła pełne roboty. Jednak gatunek ten posiada jedną ciekawą cechę. Młode raniuszki są karmione nie tylko przez rodziców. Podczas drugiego lęgu nie jest rzadkością, aby młode z pierwszego lęgu pomagały rodzicom. Jest to oczywiście uzasadnione z poziomu genetyki. Ale to nie jest koniec. Zdarza się, że rodzicom pomagają zupełnie niespokrewnione pary, jeżeli z jakiegoś powodu nie mają piskląt. To się nazywa pomoc sąsiedzka.

Raniuszki są bardzo ruchliwe, co utrudnia fotografowanie oraz daje ciekawe rezultaty.





Pozdrawiam.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Ciężkie życie jeża.

Jeż zachodni - Erinaceus europaeus


Jeż… chyba nie ma bardziej charakterystycznego ssaka w Europie. Z powodu swego wyglądu jest on sztandarowym zwierzęciem podręczników szkolnych. Oczywiście spora część nas widzi go w swoich myślach z jabłkiem na plecach. Kojarzy się z jesienią, gdzie śpi sobie w stercie liści. Lecz jeżeli odrzucimy wszelkie wyobrażenia, to jaki naprawdę jest jeż?


                Jeż, w tym przypadku zachodni, należy do rzędu owadożernych (Insectivora), będąc tym samym krewnym kreta i ryjówki. Rodzina ta jest szczególna z tego względu, że biorąc pod uwagę ssaki łożyskowe (to znaczy bez torbaczy i stekowców) rodzina ta jest najprymitywniejsza ze wszystkich. Mózg jeża jest zaskakująco mały oraz gładki, w zasadzie mógłby uchodzić za bardzo inteligentną jaszczurkę.

                Jeże do miłośników roślinności nie należą. Jedzą wszystko pochodzenia zwierzęcego, o ile nie ucieknie spod ryjka. Po owoce sięga w zasadzie tylko jak już naprawdę nie ma co jeść.


                Jak wszystkie gatunki ze swojej rodziny, jeże z reguły to stworzenia nocne. Dodatkowo zapadają one w sen zimowy, trwający od połowy października do końca marca – czyli blisko połowę roku. Jeże wybierają życie w opuszczonych norach lub pod korzeniami drzew – o ile mają okazję. Kiedy nie mają dostępu do takowych, zadowolą się stertą gałęzi.


                Jeże żyją pojedynczo, oczywiście z wyjątkiem godów. Jeże rodzą się w okresie od maja do września. Ciąża trwa pięć do sześciu tygodni, rodzi się od trzech do ośmiu jeżątek. Oczywiście po urodzeniu (ku radości rodzącej) kolce jeża są miękkie, te twardnieją po następnych pięciu tygodniach. Jeż osiąga dojrzałość po roku. Żyją do dziesięciu lat.

                Najciekawszą część jeża stanowią jego kolce. To one definiują czym tak naprawdę jeż jest. Kolce, w liczbie około pięciu tysięcy, są przekształconymi włosami. Są prążkowane, zapewne aby rozmyć sylwetkę jeża. Ogólnie można bez większych przeszkód, odpowiednio delikatnie, wziąć jeża na dłonie – kolce nie są na tyle ostre, ani jeż na tyle ciężki aby jakoś kuły.


                Kolce jeża mogłyby wydawać się doskonałą obroną. Nie ma mowy o tym, aby zdrowy jeż nie potrafiłby obronić się przed psem, ptakiem czy lisem. Jednak gdyby kolce były doskonałą ochroną, każde zwierzę by je posiadało. Cena, jaką płaci jeż za posiadanie takiej zbroi jest potworna. Aby zdać sobie z tego sprawę, trzeba przyjrzeć mu się bliżej.

                Jakkolwiek kolce bronią jeża przed drapieżnikami, to bronią one również przed samym jeżem.  Jeż nie może się drapać – ani sam, ani o gałęzie. Mycie też nie wchodzi w grę. Tak ograniczona higiena jest głównym wrogiem jeża. Jest on zawsze pokryty pchłami, wszami, kleszczami i innymi pasożytami zdolnymi przejść pod kolce. Ile może kleszczy być na jeżu? Nie mam pojęcia, ale dla pokazania skali policzcie ile ma kleszczy na pyszczku.


                Jeż nie ma łatwego życia, to pewne.

Pozdrawiam.

poniedziałek, 26 marca 2012

Kwiczoł, jałowcowy przysmak.

Kwiczoł - Turdus pilarisa

Absolutnie wszystkie zdjęcia kwiczoła jakie posiadam pochodzą z zimy. Niestety, gdym starał się jak najszybciej i zgodnie z porami roku publikować opisy ptaków, czasami dodawałbym kilka gatunków dziennie, a przerwy między tymi okresami trwałby tygodnie albo miesiące. Do teamtów zimowych powrócę na pewno jeszcze nie jeden raz.


Kwiczoł posiada bogatą historię jako ptak łowiecki. Przed wojną masowo, w setkach tysięcy rocznie był wyłapywany w sieci. Niedługo po wojnie (1952) zakazano polowania na ptaki za pomocą siatek. Chociaż dalej był to ptak łowny, bardzo szybko przestano na niego polować, gdyż nikt nie chciał marnować amunicji na niewielkiego w gruncie rzeczy ptaka. Ostatecznie został – jak niemal wszystkie ptaki, objęty ochroną całkowitą w 1995 roku.


Kwiczoł jednak z punktu widzenia kulinariów był ptakiem szczególnym. Ponieważ jego dieta jesienią i zimą to jarzębina oraz jałowiec, jego mięso posiada szczególny smak i aromat – można powiedzieć, że jest to ptak z natury doprawiony. Dawne książki kulinarne podają wprost: ponieważ żołądki tych ptaków są pełne tych owoców, nie patroszono ich przed pieczeniem aby jeszcze bardziej polepszyć smak mięsa.

Kwiczoł należy do drozdów. Ptak charakterystyczny ze względu na różnokolorowe (nie mylić z kolorowe) upierzenie. Płeć da się określić po kolorze sterówek, jednak  doczytałem to „po sezonie”, więc nie wiem jak dobra jest to metoda.


Występowanie kwiczoła zmieniało się w czasie. Przed wiekami na naszych terenach ptak ten znany był tylko na północnowschodniej części kraju. Z początkiem XIX wieku nagle jego populacja zaczęła migrować coraz bardziej na zachód. Kiedyś niezwykle ostrożny, obecnie przystosował się do życia blisko ludzi, a nawet do życia w miastach.


Kwiczoły są ptakami częściowo osiadłymi, przelatując i formując się w stada w okresie od września do listopada, oraz od marca do kwietnia. Jednak duża część pozostaje na swoich stanowiskach, nie czując potrzeby podróżowania. Intensywność przelotów zależy od tego, jak ciężka jest zmia.

Kwiczoł pożywia się, co napisałem wcześniej jarzębiną i jałowcem. Dotyczy to jednak „chudszej” części roku. Zdecydowanie bardziej woli owady oraz dżdżownice, oczywiście o ile są dostępne.


Kwiczoł do budowy gniazd wykorzystuje oczywiście patyki, trawy, różne inne korzonki. Jednak ich gniazda odznaczają się jeszcze jednym składnikiem: gliną. Tak porządne gniazdo stawiają kilka do kilkudziesięciu metrów nad ziemią, przy pniu lub na rozwidleniu gałęzi – przy czym częściej wybierają drzewa iglaste. Samica składa pięć lub sześć jaj. Dla kwiczołów stosuje się zasada „dwa na dwa”, czyli dwa tygodnie do wyklucia i następne dwa do wylotów. Kwiczoły jako ptaki gniazdujące kolonijnie, mogą ponieść duże straty jeżeli takie skupisko odkryje drapieżca. Dlatego strategia lęgu jest dosyć ciekawa. Kiedy pierwszy "kolonijny" lęg się nie uda, ptaki rozpraszają się i próbują wyprowadzić lęg drugi raz. W ten sposób, posiadając dwie strategie rozrodcze zdecydowanie powiększają szanse na sukces. Tylko samica wysiaduje jaja, natomiast pisklęta są karmione już przez oboje rodziców. Ciekawe jest to, że podczas gniazdowania kwiczoł jest nad wyraz odważny. Potrafi atakować większe ptaki od siebie, a dodatkowo potrafi nawet obryzgać przeciwnika kałem… może mało apetyczne, ale na pewno skuteczne.


Pozdrawiam.

piątek, 16 marca 2012

Wiosenny spacer.

Dzień słoneczny, szczyt przelotów gęsi, mało błota... nic tylko iść na wyprawę! Po dzisiejszej wędrówce stwierdziłem, że warto ją opisać. I oczywiście kilka ciekawych zdjęć jest.



Gęś Gęgawa to ptak łowny w zachodniej Polsce (u mnie), jednak nie o tej porze roku. Ma to swój sens – po co polować na gęsi które po zimowaniu i przylocie znad morza śródziemnego są chude i marne?



Dociekliwa osoba mogłaby się zastanawiać, jak zmuszam gęsi do lotu? Dzisiaj miałem szczęście. Po ogromnym polu psia mama ze swoim dzieckiem ganiały gęsi. Oczywiście gęsi nie miały problemu z zauważeniem psów, więc ganiały (i pewnie kiedy to piszę dalej ganiają) na marne. Na taką naukę polowania obecnie nie można nic zrobić, ponieważ miłośnicy psów przepchnęli ustawę o tym, że psy są święte. 



Całej „zabawie” przyglądały się z daleka sarny.



Zatrzymam się przy psach. W poprzednim roku po ilości zarejestrowanych przypadków okazało się, że psy zagryzły 10% ogólnej ilości saren „do odstrzału”. Ile więcej przypadków było nie ujawnionych? Podejrzewam, że co najmniej drugie tyle. Mam zadanie dla "zielonych": pomyślcie, że na cztery w miarę humanitarnie zastrzelone sarny przypada jedna zaganiana do wyczerpania i rozszarpana przez psy.



Przyleciały też żurawie. Największe ptaki naszego regionu.



 Z tych zdjęć jestem akurat zadowolony. Może nie są wybitne, ale żurawie są strasznie trudne do podejścia. Dlatego miłym zaskoczeniem okazała się względna ufność (lub zmęczenie po locie).



Na zakończenie pokazał się jeszcze dzięciołek. dzięcioł średni.




Pozdrawiam.

Ps. 
Ankieta nauczyły mnie, że mały odsetek ludzi czytających w nich głosuje. Natomiast wyniki stawiają mnie w dziwnej sytuacji – albo piszę dobrze o wszystkim, albo piszę tragicznie o wszystkim ;)