sobota, 9 czerwca 2012

Pióra lecą, krew popłynie.

Każdy kto ma okazję przejść się przejść się po stawach (również w miastach), zobaczy bez większych problemów malutkie kaczątka płynące całym stadem za swoją matką. Znaczy to tyle, że wszystkie karty rozdane na ten sezon, a kaczory mogą odpocząć. Co nie jest szeroko znanym faktem, kaczory krzyżówek nie są kolorowe cały rok. Właśnie teraz mamy okazję zobaczyć całkowite pierzenie tychże. Co to znaczy pisać chyba nie muszę, ale należy zaznaczyć, że teraz należy nie straszyć i nie ganiać kaczorów. W tym okresie nie są w stanie latać!




Te, w miejskim parku dały się sfotografować, ale należy zaznaczyć, że w stanie dzikim kaczory zazwyczaj ukrywają się gdzie mogą. Ale cała kacza szarówka nie potrwa długo bo już w październiku, po częściowym pierzeniu powrócą piękne, błyszczące i kolorowe.


Kiedy już nie będzie resztek piór, kaczki rozpoznaje się po kolorze dzioba. Kaczory mają jednorodny żółty kolor. Poniżej, od lewej: Kaczor, kaczka, kaczor, kaczor (jeszcze ledwo widać pióra na głowie oraz dziób).


A teraz trochę polityki.

Ps. Przeczytałem informację, że Rosjanie nie tylko dostali pozwolenie na marsz. Ale jak! Godzina i tor jest utajniona, a ponieważ jest to niezgodne z ustawą co zrobili rządzący? Nie zarejestrowali tego jako zgromadzenie publiczne! Myślę, że te fakty demonstrują jaki szacunek do prawa, obywateli i zwykłego dobrego smaku mają władze. Uważam zatem za kompletnie słuszne i prawomocne, a wręcz wskazane, aby rodacy bez rejestracji organizowali dowolne demonstracje i zgromadzenia.

Ps2. Merkel ostatnio stwierdziła w przemówieniu, że celem unii jest nie tylko unia monetarna i budżetowa. Ostatecznie unia ma być też pełną unią polityczną. Uważam to za potężny sygnał do najszybszego opuszczenia tego tworu. Nawet nie wyobrażam sobie dożyć takiego dnia, w którym spojrzę na mapę polityczną świata i nie będzie Polski, za to będzie tylko UE.

EDIT: Ponieważ ludzie nie potrafią czytać ze zrozumieniem, napiszę wam krótkie objaśnienie. Nie jestem rusofobem, żydem, PiSowcem, Fanatycznym Katolikiem itp. Moje pojedyncze wtrącenie na temat polityki ma za zadanie podkreślić jak wielka przepaść dzieli klasę polityczną od społeczeństwa. Jeżeli ktoś się nie zgadza i twierdzi, że uczciwe jest traktowanie gości powyżej gospodarzy oraz woli Unię niż Państwa Narodowe... nie zmuszam do czytania.


Pozdrawiam.

piątek, 8 czerwca 2012

Rudzik - Puszysty Diabeł

Rudzik zwyczajny – Erithatus rebecula


Rudziki lubią młode lasy mieszane i liściaste – czyli dokładnie takie jakie u siebie mam. Lubi też duże ogrody czy parki. A i bym zapomniał… lubią też moje zabudowania. We wcześniejszym poście możecie zobaczyć jak utknął u mnie w jednej z szop. Niedawno miałem drugie, o wiele bardziej uciążliwe starcie. Znalazł się (pomijam jak) w domu. Okno otwarte szeroko jak się da i liczę na współpracę, ale takie sprawy nigdy nie są łatwe. Diabeł z absolutną precyzją wlatywał za szafy, jedna po drugiej. Po zagonieniu w róg, osaczony i upokorzony, został złapany. Wrzasku narobił, pogryzł mnie i został wypuszczony. Jedyna zaleta to to, że można było przy okazji posprzątać za szafami.


Rudziki są mięsożerne, tak długo jak się da. To znaczy tyle, że póki owadów, dżdżownic, ślimaków i pająków jest pod dostatkiem, będzie ich szukać. Ostatecznie, z braku innego pożywienia będzie uciekać się do jagód i innych owoców.

Absolutnie nie spodziewałem się, ale rudziki budują gniazda… na ziemi. Jednak należy zaznaczyć, że  rzadko, ale korzysta też z budek lęgowych. Zawsze dobrze schowane, gniazdo ma zaledwie 9 cm średnicy i wysokość 5 cm. Lęgi przeprowadza dwa razy do roku – na przełomie kwietnia i maja, oraz na przełomie czerwca i lipca. Jaja, w ilości pięciu do sześciu są pokryte czerwonobrunatnymi plamkami. Po złożeniu ostatniego jaja samica wysiaduje je sama, a w tym czasie samiec wiernie dostarcza jej pożywienie (czy tak nie powinno być?). Jak pisałem, większość ptaków przestrzega zasadę „dwa na dwa” i rudzik nie jest wyjątkiem. Po dwóch tygodniach wysiadywania i dwóch tygodniach gniazdowania, ptaki wylatują z gniazda. Młode nie opuszczają okolic gniazda jeszcze przez następne dwa tygodnie. I kiedy w tym czasie samica rozpoczyna następny lęg, samiec dokarmia i troszczy się o poprzedni (czy tak nie powinno być?).


Rudziki są ptakami migrującymi ale nie jest to taki oczywiste. Tego ptaka nie powinno być u nas w lutym, ale skoro go widziałem to możliwości są dwie. Jedna to ocieplenie klimatu, które jak wcześniej opisywałem widać po występowaniu różnych gatunków ptaków. Druga możliwość to widziałem imigranta, ale z regionów Skandynawii.


Pozdrawiam.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Ruiny, ale wciąż piękne.


Obiecałem (już cztery miesiące temu…) Megi, że jak będę miał materiał to napiszę coś o zabytkach jakie można tu znaleźć. Zacznę zatem od najbliższego (2km), największego i najciekawszego. Jeżeli wyjdę na skraj swojego lasu, na linii drzewa-niebo rysuje się nieregularny, prostokątny kształt. Cóż to może być?


Aby wiedzieć dlaczego ta ruina tu stoi należy naprawdę zrozumieć historię tych ziem. Kiedy całe niemieckie ziemie podlegały administracji, Syców był wolnym państwem stanowym. Oznaczało to tyle, że pan tych ziem podlegał bezpośrednio cesarzowi. Dawało to większą swobodę na własnym terenie oraz tytuł Wolnego Pana Sycowa. Od drugiej połowy osiemnastego wieku panowanie objęła rodzina Biron von Curland. Przez większość historii połowa mieszkańców to byli Polacy, połowa Niemcy. Germanizacja tych ziem była dosyć ciekawa. Urzędnicy cesarscy mogli zażądać od władcy działań na tym polu. W zależności od władcy germanizacja była pełna, często tylko częściowa, a czasami szczątkowa, co doprowadzało urzędników cesarskich do wściekłości. Jednak dzięki innowacyjnemu i rozsądnemu zarządzaniu, bardzo dobrych stosunków z dworem cesarskim oraz świadomości, że germanizacja powoduje tylko tworzenie polskich działaczy niepodległościowych książę Calixt Biron von Curland zarzucił walkę. Co więcej, będąc wtedy zadziwiającym wyjątkiem, jego zarządcy i otoczenie to byli prawie wyłącznie Polacy. Było to wtedy bardzo kontrowersyjne, bowiem walka z polskością była bardzo intensywna.


Będąc odległym zakątkiem Dolnego Śląska, Syców ściągał do siebie wielkich ówczesnego świata, gdzie odbywały się wielkie polowania i wspaniałe bale. To co Calixt stworzył, jego następca Gustav kontynuował. Były to złote czasy dla Sycowa. Do wolnego państwa dołączono wiele folwarków oraz kilka wsi. Większość zabytkowych budynków powstała właśnie podczas jego panowania.


Niestety życie osobiste księcia to było ciągłe pasmo nieszczęść. Najpierw umarł jego nowonarodzony syn, dwa dni później zmarła jego zaledwie dwudziestocztero letnia żona Adela. Na ich cześć książę kazał wybudować mauzoleum w parku pałacowym (obecnie parku miejskim, opiszę go innym razem). Dziewięć lat później w wieku trzynastu lat niespodziewanie zmarł jedyny syn Wilhelm. I to właśnie na jego cześć książę kazał zbudować kościół. Ostatecznie książę ożenił się ponownie, miał czworo dzieci z czego najstarsza córka w wieku dwunastu lat zabiła się spadając z konia. Strasznego miał pecha.


Oddany do użytku w 1902, ostatecznie kościół przestał funkcjonować po przejściu frontu pod koniec stycznia 1945. Powodów było kilka. Armia radziecka nie miała litości dla niczego, bowiem tu zaczynały się Niemcy. Po wojnie okolice były mocno wyludnione, zwłaszcza z Niemców którzy byli ewangelikami. Syców jako punkt oporu był bardzo mocno zdewastowany i nikomu nie zależało na wskrzeszeniu kościoła położonego kilka kilometrów dalej. Jednak takie budynki nigdy nie giną do końca.



Od upadku, pokolenia mieszkańców pokrywają ściany podpisami, koniecznie z datami. Wiele było tu ognisk i imprez. W każdą sobotę zjawiają się tutaj młode pary aby porobić kilka zdjęć. Nazywajcie to wandalizmem, profanacją czy jak tam tylko chcecie. Dla mnie to drugie życie tego budynku jest absolutnie piękne, bowiem jest to kawałek historii którego nie zastąpi żaden papier ze starą pieczątką. Podpisy, hasła (uwielbiam „Nie ufaj rodzicom, zrób się sam!”) czy wyznania miłosne naniesione na ściany każdą możliwą techniką niczym nie ustępują malunkom ściennym naszych dalekich przodków.



Uwaga. W Internecie znalazłem wiele błędnych informacji. W jednym z filmów na Youtube, na wstępie ktoś napisał, że zwieńczenie wieży było platynowe (pewnie usłyszał „patyna” i poleciał ze swoją niewiedzą), oczywiście zwieńczenie było miedziane.


Drugim kłamstwem, które nawet kiedyś było na wikipedii było opisanie, że dzięki pożarowi i wandalom zawalił się szczyt wieży. Kłamstwo na kłamstwie. Wieża runęła sama, podczas potężnej wichury w 2005, następnego dnia wielkiej miedzianej kuli już nie było (wtedy nawet szczyt wieży kościelnej w Sycowie się wygiął jak kawałek drutu, a całe połacie lasu leżały połamane). A plotki o pożarze wzięły się z faktu, że jakiś miesiąc później świętująca początek wakacji młodzież robiła w środku ognisko i wrzucała całe potężne belki do ognia… aż całe towarzystwo w końcu uspokoiła policja. Chociaż może już za dużo napisałem :>


Pozdrawiam.

czwartek, 31 maja 2012

Rok minął...

I tak oto Las Mira świętuje pierwszy rok obecności w sieci.


Próbowałem kilka razy napisać podsumowanie roku, ale za każdym razem wychodzi źle. Miałem też napisać coś o sobie, ale wpadłem na pomysł jak to zrobić i nie dam rady teraz.


W skrócie: największym zyskiem jest nauczenie się jak patrzeć na przyrodę aby ją tak naprawdę zobaczyć. Wydaje się to śmiesznie naiwne kiedy o tym piszę, ale wszystko wychodzi „w polu”. Wiem gdzie iść aby spotkać zwierzynę, wiem jak podejść ją na parę metrów. Tego nie da się nauczyć z książek ani z opowiadań.


Z drugiej strony, aż ciężko wyjść przed dom. W zasadzie ciężko uwierzyć, że ktoś cokolwiek tu robi na tym gospodarstwie: rupiecie i śmieci dalej zalegają w każdym zakątku (mimo ciągłego zbierania i wywożenia), przycinka lasu zakończona w zaledwie kilku procentach… W tym temacie ogólnie rzecz biorąc mam poczucie straconego roku.


Mam nadzieję, że jak na razie podobało się wam. Pozdrawiam.

poniedziałek, 28 maja 2012

Pierzasty Najeźdźca - Sierpówka

Sierpówka - Streptopelia decaocto


Sierpówka… dziwny ptak. Jest tak pospolity, że ciężko wyobrazić sobie dowolne zadrzewienie bez niego. Często budzi nas o świcie swym charakterystycznym pohukiwaniem przez co naprawdę wiele osób myśli, że słyszało sowę. Ale najbardziej zaskakujący jest fakt, że 70 lat temu tego ptaka w ogóle w Polsce nie było!


Na pochodzenie ptaka wskazuje jego dawna nazwa – Synogarlica Turecka. I chociaż do Europy przywędrowały właśnie z Turcji, to Indie są ojczyzną sierpówki. Nagle, co jest zagadką do dzisiaj, ten osiadły ptak zaczął bardzo szybko rozprzestrzeniać na Europę. W 1920 zasięg występowania ograniczał się do terenów dzisiejszej Grecji. W Polsce pierwszy raz jego obecność zanotowano w 1940. Dzisiaj zajmuje całą Europę, poza północną Skandynawią oraz Islandią (gdzie od czasu do czasu się go widzi ale nie jest w stanie tam przetrwać).


Sierpówka jeszcze do niedawna występowała tylko w pobliżu zabudowań, gdzie ma dużo łatwo dostępnego pokarmu. Jednak coraz częściej można spotkać ją wśród pól lub na skraju lasów.


Bardzo łatwy do zidentyfikowania ptak. Cały pokryty szaro-beżowymi piórami z jednym wyjątkiem: czarnego „sierpa” na szyi. Dymorfizmu płciowego brak.


Gniazdo sierpówki jest (i tu nie przesadzam) żałosne. Kilkanaście patyków narzuconych na siebie sprawiają wrażenie, że byle wiaterek mógłby go zniszczyć. Samica składa zazwyczaj dwa jaja, które przez 14-18 dni wysiadują oboje rodzice. Pisklaki pozostają w gnieździe następne 15-19 dni. Ilość lęgów jest oczywiście uzależniona od ilości pokarmu i wynosi trzy do pięciu.


                Do sierpówki postaram się kiedyś jeszcze powrócić, jak znajdę czas na opracowanie większej ilości danych. Pozdrawaim.

wtorek, 22 maja 2012

Wypełniacz

Dawno nic nie pisałem. Niedługo następne posty, a tymczasem dodaję wypełniacz.








Pozdrowienia.

środa, 2 maja 2012

Zaklinacz saren.

Mam szczęście do saren, albo one mają pecha ze do mnie. Na niemal każdej wyprawie ogromne ich ilości ładują mi się pod obiektyw, do tego stopnia, że zaczynam robić się wybredny jeżeli chodzi o robienie zdjęć.


O tym gdzie szukać saren już pisałem, ale spróbuję opisać jak to wygląda w praktyce. Postanowiłem odwiedzić teren na którym nie byłem od lat. Jest to stara część jeszcze starszego parku. Została ona wiele lat temu oddzielona od reszty obwodnicą, więc ludzi praktycznie tu nie ma. Nad tą częścią lasu dominuje nie mała górka. Wdrapałem się na szczyt, patrzę a tu kozioł, kilkanaście metrów dalej. I co więcej, jeszcze mnie nie zobaczył. Natychmiast cofnąłem się zgięty w pół aby znowu zniknąć za grzbietem. Ustawienie aparatu, czułość, przesłona itp. Plan działania jest prosty: podejść jak najbliżej przed grzbiet, praktycznie na szczyt, wstać i strzelać zdjęciami póki nie ucieknie.


Kozioł zafundował mi wspaniałą sesję zdjęciową. Spodziewałem się, że poleci galopem jak tylko mnie zobaczy, ale tu niespodzianka i ważna nauka. Ludzie jako gatunek poruszają się i wyglądają bardzo charakterystycznie. Więc kiedy wstałem nie ruszałem się ani o centymetr, dodatkowo moją twarz zasłaniał aparat, więc kozioł myślał długo i intensywnie zanim postanowił odejść.


Poruszę również kwestię zniszczeń w leśnictwie jakie wywołują sarny. Do saren się strzela, co ludziom się nie podoba. Zawsze zadaje wtedy pytanie: „Moglibyśmy natychmiast przestać polować, ale czy byłbyś w stanie zapłacić za drzewo natychmiastowo trzy razy więcej a w przyszłości nawet dziesięć razy więcej?”. Pytanie brzmi agresywnie, ale nie opieram tego na swoim gdybaniu. Trzy lata temu, w ogrodzonym lesie były wysadzone kilkuletnie jodły. W tym roku dosadzałem drzewka w celu uzupełnienia strat. Około tysiąc sztuk nie było w stanie w pełni uzupełnić strat na powierzchni 3ha. Oczywiście można zakładać udział w tym warunków pogodowych, nornic itp. Ale wystarczy zobaczyć poobgryzane kikuty drzew aby nie mieć żadnej wątpliwości.


Sarna bardzo lubi pączki jodły, bogate w białko. Samej sarnie duże ilości białka potrzebne nie są, za to flora bakteryjna produkująca enzymy do trawienia roślin w przewodzie pokarmowym wymaga ogromnych ilości tegoż składnika.


A wciąż mówimy o jodłach. Kozioł może obejść cały las i go nie dotknąć, aby tylko dojść do kilkuletniego modrzewia i obetrzeć o niego rogi, niszcząc go przy tym zupełnie (nie mam pojęcia dlaczego akurat tak kochają modrzewie). Jak widać sarny mimo polowań potrafią w stopniu znacznym wpływać na las, więc nie ma co płakać nad polowaniami. Ciężko to wszystko zobaczyć jeżeli nie ma się z tym styczności, ale ja styczność mam i dlatego jestem i zawsze będę za polowaniami (oczywiście w granicach rozsądku).

Pozdrawiam.