niedziela, 2 września 2012

Śmierć ma zapach rudbeki.


Niemal wszystkim wydaje się, że przyroda to sielskość, radość i spokój. Piękne kwiaty, sarenki, zajączki i śpiewające ptaszki. Jest to obraz fałszywy do granic absurdu. Wynika on z prostej zasady – ludzie są z natury optymistami.


Śmierć i walka jest tak oczywista i częsta, że na wsi traktuje się ją z niewiele większą uwagą niż spadające liście – czasami trzeba tylko posprzątać. A bezpardonowa walka toczy się w każdej skali, miejscu i czasie. I celem jest zawsze śmierć, cokolwiek mniejszego traktowane jest jak porażka - zbędną stratę energii po stronie atakującego oraz zazwyczaj długą i bezużyteczną śmierć po stronie broniącego się.


Bardzo lubię rudbekie – wieloletnia roślina, sama się rozsiewa, posiada piękne i odporne kwiaty. I co ważniejsze, przyciąga całe chmary motyli i innych owadów. Pięknie, słonecznie, kolorowo… nic tylko patrzeć jak ekolodzy zaczną przykuwać się do rudbeki i zabraniać ich ścinania.


                Jednak nawet tutaj matematyka jest bezlitosna. Ilość owadów przylatujących do każdego z tych kwiatów jest zawsze większa niż odlatujących.


                Mam ogromną liczbę zdjęć – niemal każdego zwierzęta jakie pokazuje. Padnięte z mrozu, głodu, na wpół zjedzone, strawione itp. itd.  Wybrałem takiego niepozornego pajączka, bo jest dosyć neutralny. Gdybym pokazał lekko dojrzałego lisa czy ogryzioną nogę sarny mógłbym dostać ban, a chyba nie ma możliwości filtrowania 18+ dla pojedynczych postów.


Pozdrawiam.



środa, 29 sierpnia 2012

Głową w dół przez życia pół - Kowalik


Kowalik zwyczajny - Sitta europaea


O ile zobaczymy jego zdjęcie i zapamiętamy jego nazwę, kowalika będziemy rozpoznawać zawsze i bez problemu. Ciekawym jest to, że w ciągu lata zobaczymy go rzadko, mimo iż nie jest to ptak wędrowny. Natomiast po opadnięciu liści i przez całą zimę możemy napotkać go bardzo często, zarówno w lesie jak i nawiedzającego nasze zimowe karmniki razem z sikorkami.


Z wierzchu kowalik jest bladoniebieski, od spodu rdzawy (lub biały, w zależności od podgatunku). Charakterystyczna jest natomiast czarna opaska na oczach, nadających mu wyglądu stereotypowego bandyty, lub jak kto woli „Zorro”. Wielkością dorównuje wróblowi.


Niby niepozorny jest to ptak, ale jak zwykle pozory mylą. Kowalik bowiem jest (uwaga!) JEDYNYM ptakiem Polski i Europy, który potrafi poruszać się po drzewie głową dół – dlatego wypatrujcie go uważnie następnym razem.


Kowalik z zachowania ze wszech miar podobny jest do dzięcioła. Skacze bardzo zwinnie po pniach drzew. Jednak często robi to głową w dół i w porównaniu do dzięcioła nie używa ogona jako trzeciego punktu podparcia. Nie posiada też tak bardzo przystosowanej do kucia głowy jak dzięcioł, dlatego kilka silnych uderzeń to wszystko, co może zrobić.


Kowalik zakłada gniazda w dziuplach i cechą charakterystyczną dla niego jest zalepianie otworu budulcem podobnym do jaskółczego, gdy ten jest za szeroki. Zajmuję się tym samica. W tym samym czasie urządza ona też wnętrze gniazda – płatki kory sosnowej ułożone w kształt kwiatu. Składa sześć do ośmiu jaj, gdzieś pomiędzy końcem kwietnia a czerwcem. Lęg odbywa się tylko raz do roku i jest to prawdziwy ptasi hazard. Pisklaki żywią się w większości gąsienicami motyli, a sezon na nie trwa około dwóch tygodni. Jeżeli kowaliki wyklują się w złym momencie to wykarmienie potomstwa będzie bardzo trudne, a często niemożliwe. Dokładny czas na gąsienice nigdy nie jest pewny, bowiem nawet kilka deszczowych dni może pokrzyżować plany. Przenosi się to na końcowe wyniki: w sprzyjających warunkach cztery na pięć ptaków opuszcza dziuplę, w niesprzyjających mniej niż połowa. A gdyby to wydawałoby się dużo, to należy zaznaczyć, że tyczy się to wyprowadzonych lęgów. Małe kowaliki zachowują się bardzo głośno, przez co bardzo często są celem ataków kun, popielic czy dzięciołów.


Ciekawostką jest, że kowaliki podczas wybierania nasion (jak prawie każdy uwielbia słonecznik) z karmnika zabiera ich kilka, ale zjada tylko jedno. Reszta jest zawsze poutykana w rozmaitych szczelinach, zachowana na czarną godzinę.


Ptak można powiedzieć jak zwykle – wydaje się jednym z wielu, ale ma swoje odchyły.

Pozdrawiam.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Kopciuszkowa anomalia.


W mądrych książkach przeczytamy, że kopciuszek ma dwa legi do roku w okresie kwiecień-czerwiec.


A co widzę? Czwarty lęg, który wczoraj (druga połowa sierpnia) właśnie wyleciał. Młode po wylocie ludzi jeszcze nigdy nie widziały to pozwalają podejść do siebie naprawdę blisko.



Jednak rodzice zaraz przywołały swoje pociechy i wytłumaczyły, że z nieznajomymi się nie rozmawia.


Już niedługo wracam z normalniejszymi wpisami. Pozdrawiam.

Ps. Mam mnóstwo całkiem dobrych zdjęć kopciuszków, ale ciężko coś ciekawego o nich napisać to leżą i czekają na lepsze czasy…



niedziela, 5 sierpnia 2012

Czy sarnę można pogłaskać?

Prawie miesiąc bez znaku życia, a skłamałbym gdybym napisał, że nie miałem czasu... ale za to daję wam dzisiaj chyba najciekawszy wpis do tej pory. Będzie o sarnach, w tym coś zaskakującego (nawet szokującego), a o czym nie przeczytacie nawet w bardzo mądrych książkach (przyrodnicze, fotograficzne, łowieckie, ja nie znalazłem nawet słowa).


Jak blisko można podejść do sarny, zanim nas zauważy? Pamiętajmy, że życie sarny zawsze zależało od tego czy wypatrzy zagrożenie dostatecznie szybko żeby móc uciec, a w większości kraju jedynym wrogiem dla dorosłej i zdrowej sarny od wielu pokoleń jest wyłącznie człowiek. Nie ma w książkach wiele na ten temat i nie jest on podejmowany z bardzo prostej przyczyny: w Polsce na sarny można używać tylko broni kulowej, a ta mając dostatecznie duży zasięg sprawia, że nie ma potrzeby się dowiadywać.

Pewnego razu przeczytałem, że polując z łuku (w krajach gdzie to legalne), strzał do sarny uznaje się za etyczny, jeżeli został wykonany z odległości mniejszej niż 15 metrów. Na to znajomy z absolutną pewnością stwierdził, że na taką odległość sarny podejść się nie da. Odpowiedziałem, że najzwyczajniej nie ma racji i „tak jak tu stoję” mógłbym zakraść się do sarny na mniej niż 15 metrów, a nawet przynieść potem zdjęcie. Zakład szybko został zawarty. Miałem na wykonanie zadania dwa tygodnie, jednak musiałem zrobić to, „tak jak tu stoję”, czyli w niebieskiej koszuli, czarnej koszulce i zwykłych jeansach.

Opiszę jak wyglądają dwie metody na sarnę: z podchodu i z zasadzki. Bez wabików czy innych sztuczek, uzbrojony tylko aparat.

Najpewniejszą porą na spotkanie sarny jest zachód słońca. Wychodzi wtedy ze swojego legowiska, aby zapełnić żołądek przed nadchodzącą nocą. Stwierdziłem, że jeżeli będę już na miejscu zasadzki godzinę przed zachodem słońca to nie powinienem być zauważony.


Będąc już całkiem niedaleko zerwałem młodego kozła z legowiska. Który uciekł do małego, ale starego śródpolnego lasu, dokładnie tego z którego przewidywałem, że sarny wyjdą. Po dodarciu na miejsce pojawił się problem. Poza tym zadrzewieniem z którego miały wyjść sarny nie było się za czym schować, bo wszystko co rośnie na polach ma nie więcej niż kilka centymetrów, a tak ubrany to ja dla zwierząt wręcz świecę. Jednak czasu na szukanie nowego miejsca już nie było, więc ustawiłem za „rolną” drogą (czyli taką wykorzystywaną tylko przez rolników i tylko w czasie zasiewów i zbiorów), tak aby jedyna nieprzeorana kępa trawy na nim dawała jakąkolwiek osłonę.

Czekać nie trzeba było długo. Z lasu wyskoczyły dwa kozły, a uciekającym był ten sam kozioł, którego po drodze spotkałem. Widocznie musiał wkroczyć na nie swój teren. Pogoń trwała kilkanaście sekund, po czym zwycięzca stanął w miejscu, obserwował jeszcze kilka sekund ucieczkę i spokojnym krokiem ruszył powrotem do swojego pałacu. Jednak to czego nie wiedział, że to ja tą całą akcję sprowokowałem i jestem blisko. Jednak nie tak blisko jak potrzebowałem, gdyż wszystko działo się jakieś 100m ode mnie. Co gorsza, nie dość, że słońce już zaszło, to jeszcze od zachodu zaczynały pojawiać się chmury.


Ale nie minęło pół minuty, a zwycięzca razem z towarzyszącą mu kozą wychodzili na wieczorną ucztę. Podchodził dokładnie tak jak chciałem, prosto na przejazd przez rów między polami. Nie widział mnie do samego końca, lecz kiedy był już kilka metrów ode mnie, zatrzymał się i spojrzał w moim kierunku. Dalej mnie nie widział, ale obcy zapach tak blisko nie mógł pozostać niezbadany. Ponieważ trawa zasłaniała mi czysty widok a zabawa w chowanego i tak się skończyła, szybko wstałem zasłaniając twarz aparatem i zacząłem robić zdjęcia.


Kozioł, bez wątpienia król tego wzgórza, stał zaledwie parę metrów ode mnie i nie widząc mojej twarzy zza aparatu nie miał bladego pojęcia czym jestem, a ponieważ się nie ruszałem, był bardziej zaciekawiony niż przestraszony. Nie patrząc na parametry zdjęcia zupełnie nie zauważyłem, że podczas wstawania przypadkiem zmieniłem zestaw ustawień i cały czas robiłem zdjęcia z czasem otwarcia migawki dwudziestokrotnie niższym niż powinienem… a miało być tak pięknie.


Co prawda wygrałem zakład, ale to było gorzkie zwycięstwo.


Innego dnia, ale jeszcze w wyznaczonym czasie zobaczyłem pasącą się sarnę na brzegu łąki. Drugi koniec łąki przylegał do gospodarstw przy dosyć ruchliwej drodze, tak więc z jednej strony sarna (dokładniej koza) do tyłu nie ma jak uciec, a z drugiej strony ja też nie mam możliwości podejścia z innej strony niż prosto na nią. Problem polegał na tym, że między mną a sarną było 200m otwartego, płaskiego pola porośniętego kukurydzą o wysokości 10cm.

Wydaje się to niemożliwe, ale udało się (i dodam nawet, że nie czołgałem się). Dotarłem na skraj łąki, dwadzieścia metrów obok sarny aby dalej podejść pod osłoną traw. Okazało się, że dokładnie w tym miejscu leżała następna sarna, o której nie miałem wcześniej pojęcia. Przebiegła zaraz obok mnie, uciekając dokładnie tam skąd przyszedłem (zobaczcie przez co udało mi się zakraść). Ale nie po nią tu jestem i skradanie jeszcze nie zakończone.


Oczywiście pędząca jak szalona sarna zaalarmowała mój pierwotny cel, przez co zadanie znowu się skomplikowało. Dalej obserwując pole w ogóle nie zdawała sobie sprawy, że jestem wiele bliżej niż myśli. Czekając aż schyli się po trawę, metr po metrze zbliżałem się do "ofiary". Kiedy schyliła się po następny kawałek zieleniny, powoli podniosłem się z aparatem gotowym na strzał. Celuję i stoję, ale z głową w trawie nie ma co marnować pierwszego zdjęcia, bo głośna migawka natychmiast zdradzi moją pozycję.


Podniosła głowę, obserwując pole jak wcześniej. Pierwsze zdjęcie, natychmiast mnie zauważa.


Jak zwykle, sarna widzi mnie jako coś, co stoi nieruchomo, nie atakuje, nie ucieka, ma jedno czarne oko które co jakiś czas wydaje z siebie nieznany dotąd dźwięk. Zaciekawiona podchodzi jeszcze parę kroków, bada mnie wzrokiem jeszcze kilka sekund i bez zbędnego pośpiechu odchodzi. Zwycięstwo.


Wykorzystałem w obu przypadkach dwie cechy sarny. Pierwsza jest dosyć znana, wynikająca ze specyficznej budowy oka sarny. Sarna widzi szeroko i mistrzowsko wyłapuje każdy ruch, nawet z bardzo daleka. Takie wyczulenie powoduje jednak, że jest praktycznie ślepa jeżeli stoimy nieruchomo.

Druga cecha, tym razem moje spostrzeżenie, które zawsze działało na wszystkie sarny jakie spotkałem. Wygląda na to, że dla sarny decydującym czynnikiem przy ocenie czy widzi nieruchomego człowieka jest… twarz. Ma to sens, bo to jedyna część ciała która jest zawsze odkryta, ma ją każdy człowiek i jest świetnie widoczna. Starając trzymać się od ludzi jak najdalej, sarny nigdy nie miały okazji się nam przyjrzeć. Mogę się tylko domyślać, że z tego powodu sarny nie rozumieją w ogóle koncepcji ubioru, zwłaszcza, że każdy człowiek jest inaczej ubrany. Powoduje to jeszcze dalsze przesunięcie jej uwagi na wypatrywanie twarzy, aż przestają się liczyć inne kryteria.


                Odpowiadając w skrócie na pytanie zadane na początku powiem, że nie ma dolnej granicy. Z drugiej strony zarówno z 20m jak i 5m na pewno Cię w końcu wywęszy (niezależnie od kierunku wiatru), i po przekroczeniu pewnej odległości nie uda nam się wycofać nie będąc wykrytym.

Pozdrawiam.


wtorek, 10 lipca 2012

Bażant, dzika kura (cz. II)

                Samce zajmują tereny zanim pierwsze śniegi opadną, bo jak u każdego terytorialisty dobra ziemia zawsze w cenie. A pan bażant to dopiero prawdziwy kobieciarz! Piękny, kolorowy, z daleka daje o sobie znać. Aby przypodobać się samicy, zaprasza ją nawet na romantyczną kolację – o ile martwa mysz może za nią uchodzić. Chodzi za samicą z nastroszonymi piórami, kwokając przy tym (zapewne czułe słówka). Piękny teren, piękny samiec, romantyczna kolacja… która pani bażantowa by się nie skusiła? Problem polega na tym, że żadna. Dlatego na każdego pana bażanta przypada kilka oddalonych od siebie pań.


                Bażanty to zagniazdowniki właściwe. To znaczy tyle, że ptaki te po wykluciu i wysuszeniu opuszczają gniazdo, by nigdy do niego nie powrócić. Pokuszę się jednak o nieco złośliwy komentarz jeżeli chodzi temat gniazdowania. Bażanty są paskudnymi rodzicami. Można powiedzieć, że uroda bażanta jest równoważona przez urok ich gniazda, bowiem jest to w ogóle nie urządzone zagłębienie w ziemi. Takie gniazdo, niczym nie chronione, a na pewno nie walecznością samicy jest właśnie tym wąskim gardłem dla dziko występujących bażantów. Drugą, zupełnie osobną sprawą jest zerowe doświadczenie bażantów hodowlanych, większość takich osobników ostatecznie kończy jako bardzo droga karma dla drapieżników.


Oczywiście pierwszym z zagrożeń o jakich można napisać, to działalność człowieka. Bażanty uwielbiają zakładać gniazda w pobliżu upraw paszowych. I chociaż bażanty lubią pola w wysokiej kulturze rolnej, to nie można iść w radykalizm. W naszych warunkach rolnych posiadamy rozsądną ilość zadrzewień, remiz, miedz. Tych rzeczy brakuje w wielkołanowej gospodarce, co przekładało się na ogromne straty w lęgach. Badania przeprowadzone na Ukrainie (gdzie są warunki na takie uprawy) wykazały, że w takiej masowej gospodarce straty w gniazdach wynosiły… prawie 80%. To jednak są dane ekstremalne. Czeskie badania ukazują nieco bardziej normalny rozkład ostatecznego przeznaczenia gniazd. Niemal po równo (21%-25%) gniado niszczone jest przez: człowieka, krukowate (wrona na spółkę ze sroką), ssaki drapieżne.


Inną sprawą są czynniki atmosferyczne. Zimy zawsze były poważnym zagrożeniem dla bażantów. Były, bo zimy dwadzieścia lat temu wyglądały też zupełnie inaczej. Co ciekawe, bażanty jak inne kuraki potrafią świetnie zaśnieżać się przez co mają ochronę przed wiatrem, temperaturą i w dużej mierze drapieżnikami. Jednak sporym, chociaż nie tak oczywistym zagrożeniem dla piskląt jest… deszcz, a raczej wysoka wilgoć która po nim następuje. Powody są dwa. Po pierwsze aktywność owadów wtedy jest mniejsza, co zmniejsza ilość pokarmu. Po drugie wysoką przeżywalność w wilgotnym środowisku posiadają… pasożyty.


                Walka nie kończy się jednak na dorastaniu, bo dorosły bażant jest jeszcze smaczniejszym delikatesem niż pisklak. Można zostać upolowanym przez wiele stworzeń ale przodują dwa: ptaki drapieżne oraz lis. Dane te dotyczą bardzo dobrych łowisk, ale na wyobraźnię działają dane dotyczące jastrzębi. Monitorując dwie pary na okres dwóch lat policzono, że przy wyprowadzaniu ośmiu młodych pochwyciły 252 rozmaite kuraki (w tym 170 młodych).

                Natomiast wielką krzywdę wyrządziliśmy bażantom lecząc lisy na wściekliznę. Zmniejszenie ilości lisów o połowę zwiększa ilość bażantów nawet czterokrotnie. Do lisów można, a nawet trzeba strzelać cały rok. Należy jednak zaznaczyć, że bażanty śpią na gałęziach drzew, co im w jakimś stopniu pomaga.

Zdjęcie paskudne, ale bardzo ładnie pokazujące maskujące upierzenia samicy:

                Można zadać sobie pytanie, skoro to tak wrażliwy i w sumie obcy ptak, to dlaczego cieszy się on taką popularnością? Odpowiedź jest bardzo prosta – bo w porównaniu do innych kuraków daje się dosyć łatwo hodować, a polowanie na niego jest bardzo specyficzne. Zrywające się z wysokiego zboża, z bliskiej odległości i lecące najdalej kilkadziesiąt metrów zachowują się dokładnie tak jak rzutki na strzelnicy. Przy czym należy mieć ze sobą psa, bo w zbożu łatwo można zgubić postrzał, a to już jest zwykłe marnotrawstwo.

                Zatem czym jest bażant? Bardzo ciekawą zwierzyną łowną dla zainteresowanych, ozdobą spacerów dla nieco mniej zainteresowanych, a dla nas wszystkich zaledwie namiastką prawdziwych kuraków, których w dużej części Polski już nie ma.

                Pozdrawiam.

Ps. Za dużo tekstu, prawda? W ogóle o ile ktoś to czyta to chciałbym się dowiedzieć, jak się to czyta. W tym artykule troszeczkę "popuściłem śrubę" pisząc lżejszym językiem. Lepiej czy gorzej?

niedziela, 1 lipca 2012

Szlachetna, ale wciąż kura - Bażant

Bażant – Phasianus colchicus

Lato które powszechnie uważa się za najładniejszą i najlepszą porę roku, ma jednak wiele wad. Przede wszystkim zaliścione (jak poprawnie to nazwać?) drzewa praktycznie uniemożliwiają rozsądne robienie zdjęć z podchodu. Co więcej, wysokie zboża i trawy przesłaniają też zwierzęta te bardziej lądowe. Całe szczęście, że niektóre z nich w swych wędrówkach są tak systematyczne, że ich ścieżki są zanane zanim w ogóle zabierzemy się za zdjęcia.


                Bażant ma wiele form i jeszcze więcej nazw. Mówi się: szlachetny, obrożny, właściwy, pospolity, kolchijski no i oczywiście łowny. Jakkolwiek mogłoby wskazywać na  występowanie wielu podgatunków u nas, należy być z tymi założeniami ostrożny. Przez wieki żyjące na wolności osobniki dowolnie krzyżowały się ze sobą, a różnice się zacierały.


                Ptaki te nie są rodzimym gatunkiem naszego regionu. Jest to ptak azjatycki, ale ze względu na swoją urodę oraz walory łowieckie został szybko doceniony przez monarchów europejskich. Teraz jest to stworzenie wszystkich północnych kontynentów, który z racji swego polnego trybu życia znalazł sobie niszę w której może wegetować. Wegetować, bowiem bażant ma spore problemy z ciężkimi zimami, psami, lisami i ptakami drapieżnymi. W zasadzie bez ciągłej, chociaż częściowej introdukcji ptaki te powoli ale nieuchronnie zniknęłyby z krajobrazu Polski.

                Bażanta, a zwłaszcza samca zazwyczaj o wiele szybciej usłyszymy nim zobaczymy. Nieśpiesznie spacerując po swoim rewirze, co kilka minut głośno piejąc. Jest to pianie zupełnie inne niż u podwórkowych kur, a na dodatek głośniejsze. Może piać cały dzień, ale najbardziej lubi to robić przy zachodzącym słońcu. Samca oczywiście rzadko pomylimy z innym gatunkiem, bowiem jego kolorowe upierzenie jest bardzo charakterystyczne. Jeżeli chodzi o samicę, sprawa jest o wiele trudniejsza.


Jest zaledwie kilka dzikich ptaków, u których dymorfizm jest tak mocno zaznaczony. Samice nie mają potrzeby eksponowania się, dlatego posiadają świetny kamuflaż i nie pieją. Te różnice są cenną wskazówką, bowiem im większy dymorfizm, tym większa poligamia. Bażant nie jest w tej kwestii wyjątkiem. Na każdego koguta przypada kilka samic. Jednak mimo takiej dysproporcji, trafienie na samicę jest o wiele rzadsze.

                Ptaki te na swoje siedziby obierają łąki w wysokimi trawami, młodniki. Uwielbiają przesiadywać w zadrzewieniach śródpolnych. Nie jest niezbędne, ale za to „w cenie” są tereny z ciekami wodnymi, typu rowy lub niewielkie stawy. Wiąże się to z występowaniem bujnej roślinności, a najważniejsze jest występowanie tam… żwiru. Jak się okazuje, bażanty zjadają pewne ilości gruboziarnistego pisaku, który ułatwia rozcieranie pokarmu. Taka strategia trawienia nie jest rzadka, a taki kamienisty materiał nazywa się gastrolitami.


                Odbierając mu wszelkie godności, można nazwać bażanta po prostu dziką kurą. Co taka kura je? Zależy od wieku i pory roku. Po wykluciu pisklęta są niemal wyłącznie owadożerne. Wraz z wiekiem zapotrzebowanie na owady spada, by w wieku 14-16 tygodni stanowić zaledwie kilka procent masy zjadanego pokarmu. Jednak tak mała masa jest również związana z porą roku. Dorosłe bażanty wiosną i latem zjadają dużo owadów, dżdżownic, ślimaków, nawet małych rybek czy myszy. Ogólnie przez tą część roku jest to około 40% pokarmu. Dalej, jesienią i zimą wzrasta ilość pokarmu roślinnego. Menu bażanta jest bardzo urozmaicone. Z owoców zjada borówki, maliny, wiśnie, jeżyny, śliwki, głóg, jarzębinę, dziką różę a nawet żołędzie. Te stanowiące około jednej czwartej masy pokarmu można traktować jako deser. Ponad połowa jego pokarmu to wszelkie rodzaje zbóż, marchew, ziemniaki, buraki. Jak więc widać na monotonię narzekać nie może, a należy dodać, że dziennie zjada on 70-130g pokarmu, co stanowi do 10% jego masy ciała. To bardzo dużo jak na ptaka który lata tylko gdy musi i na niewielkie dystanse. Jednak w czasie zimy potrafi przeżyć 2-3 tygodnia bez jedzenia.

                W następnej części nieco na temat toków, zagrożeń, hodowli oraz polowań na te ptaki. Pozdrawiam. 

czwartek, 28 czerwca 2012

Wypełniacz plenerowy na życzenie


Ostatnio poprosiliście, abym pokazał trochę "widoków" z rancza. Jako człowiek nie łatwo ulegający prośbom (liczba mnoga celownika, aż musiałem sprawdzić czy to jest poprawnie zapisane), wysłucham was tylko w połowie. Oto zdjęcia nie z rancza, ale z jego okolic.


Mam nadzieję, że nie nadwyrężam waszego zaufania i własnej wiarygodności pokazując zdjęcia spoza własnych włości. Musiałbym mocno ograniczyć dodawanie materiału foto jeżeli miałbym się zamknąć w moich kilku hektarach. Jednocześnie zaznaczam, że wszystkie zdjęcia były robione w odległości nie większej, a często o wiele bliższej, niż parę godzin twardego marszu (nie umiem powoli spacerować) od Lasu Mira.


O ile nie jest to wyraźnie zaznaczone (jak w przypadku Szwecji rok temu) z takiego terenu były, są i będą publikowane zdjęcia. Jednak aby zachować równowagę, kiedy będę pokazywał podobne "szerokie" widoki i będzie to na ranczu, zaznaczę to wyraźnie.


Obiecuję, że następny post tego typu będzie miał walory chociaż troszkę edukacyjne i będzie z rancza.



Ps. "Prawdziwy" post jeszcze w ten weekend.
Ps2. Wszystkie pory roku. Dlatego, że: robię beznadziejne panoramy, a na dodatek za każdym razem muszę zmieniać obiektyw... dlatego bardzo rzadko je robię.


Pozdrawiam.