wtorek, 25 września 2012

Wyróznienie oraz "Dwadzieścia metrów".


Następne wyróżnienie, następne podziękowania. Nadane zostało przez Ilonę, prowadzącą bardzo ciekawe dwa blogi: „Opowieści z kurnika” i „Byłem, przeżyłem, opisałem – agroturystyka”. Nazwy nie są odpowiadające rzeczywistości, ale dobrze oddają charakter bogów. Jednak tym razem dalej nominować nie będę. Powód poniżej.

Za to zapraszam do przeczytania tej krótkiej historyjki "Dwadzieścia metrów":

Sarny już dawno wydały na świat młode. Te podrosły, nauczyły się już tego i owego. Rzadko, ale czasami coś dzieję się z kozą. Następuje zaburzenie hormonalne i ciąża przedłuża się. Dlatego wielkim zaskoczeniem było spotkanie przed domem - w czasie żniw – malutkiej sarenki.

 Późniaczek – bo tak go nazwałem, prawdopodobnie urodził się miesiąc później, może półtora. Do tego nigdy nie widziałem przy nim kozy. Porzucić go nie mogła, bo skoro dożył do chodzenia po polach, ta musiała go karmić mlekiem. Sezonu łowieckiego nie było na kozy jeszcze wtedy… nie tylko Późniaczek, ale do tego sierota.

Nie kwapiłem się ze zrobieniem mu zdjęć – trawa za wysoka, on za niski. Wiedziałem, że co noc przychodzi pod bramę, aby poskubać sobie spadające z drzew jabłka, posili się trawnikiem, czy zdrzemnie w zakrzaczeniach.  Jakie ma szanse na przeżycie zimy? Nie wiem, aż tak się nie znam… i zimy też nierówne. Czy przeżyje zimę? Tego już się nie dowiemy.

Wilgotna ziemia drogi, jak i pozostałe ślady pozwalają na odtworzenie jego ostatnich dwudziestu metrów. Z jednej strony otwarte pole niemal po horyzont, z drugiej rów porośnięty krzewami tak gęsto i wysoko, że człowiek nie miałby szans się przebić. Późniaczek uciekał. Za nim pędził duży pies, naganiacz. Obaj wiedzieli, że za kilkanaście metrów jest podkop pod płotem, i jeżeli koźlaczek przez niego przejdzie to ma szansę na ucieczkę w las. Dwadzieścia metrów… piętnaście… uderzenie w bok. Drugi, o wiele mniejszy pies tylko czekał w zagłębieniu, aż naganiacz podprowadzi go pod niego. Razem wlecieli w krzaki. Tam stracił trochę sierści, zapewnie zaczął też krwawić wewnętrznie – sarny są bardzo delikatne. Jednak wyrwał się, pędząc dalej na przód. Dziesięć metrów… pięć… następny pies, zaraz przy wykopie. Upadł na pobocze, ze zmęczenia i ran. Tam, nie mogąc przegryźć gardła rzuciły się na miękkie podbrzusze. Otwarcie było na tyle gwałtowne, że drobiny treści żołądka dostały się powrotem do ust. Kiedy był ciągnięty, jeszcze jakieś pięć metrów, wciąż wierzgał nogami – był uparty.

Gdyby nie to, że został tak rozszarpany na drodze, absolutnie nikt nie dowiedziałby się co się z nim stało. Kiedy go znalazłem, psy właśnie wracały do swoich właścicieli. Krew jeszcze nie ostygła, gdy następne grono amatorów darmowego posiłku miało zamiar zacząć ucztę – sroki. No i jeszcze muchy, te zawsze są obecne. Psy ogryzły jedną nogę, troszkę drugiej. Nie chciały się widocznie obżerać do pełna – wieczorem przecież jest kolacja w domu… no i sarna jak ma parę dni to lepiej smakuje.
Można napisać, że śmierć z rąk myśliwego to dla takiej sarny straszna sprawa. Tak też ją widzą postronni. Jednak życzę każdemu, aby mógł zobaczyć to co ja widziałem. Posprzątać taką… orgię przemocy. Patrzę na taką sarnę, jego szeroko otwarte oczy wpatrujące się w niebo… ale czy na pewno patrzy w niebo? Może po prostu oglądał jak jeden z psów odgryzał mu nos?

                Wiadomo, wilki polują w ten sam sposób, ale tam to ma cel. Dlatego pierwsze pytanie jakie sobie zadałem to „Gdzie w tej śmierci sens?” a zaraz za tym „Co zrobić aby ta śmierć miała sens?”. Można powiedzieć, że ludzie o tym nie wiedzą i edukacja społeczna leży. Niestety jest to obraz fałszywy, bo prawda jest o wiele gorsza: Wszyscy wiedzą co się dzieje, tyle tylko, że absolutnie nikogo to nie obchodzi.

Jedyne ujęcie które nie potrzebuje cenzury:


Dedykuję tą historię wszystkim, którzy wierzą, że ich psy to aniołki i nie widzą żadnej potrzeby, aby mieć smycz czy sprawny płot. Szczególną dedykację chcę przekazać również aktywistom, uginającym się im ministrze środowiska oraz parlamentowi. Nowa ustawa zakazuje bowiem odstrzału takich psów, zrównując ratujących zwierzynę myśliwych do bandytów.

Pozdrawiam.

Ps. Co zrobilibyście gdyby okazało się, że wasz pies był w takiej bandzie?

niedziela, 16 września 2012

Wspomnienie lata.


Jak przyjemnie podnieść kilka owoców które spadło z drzew – brzoskwinie czy  jabłka. Potem, jak to w  niedzielne południe, zasiąść przed domem z książką, mając pod ręką kawę oraz zawsze gotowy do użycia aparat. Od akapitu do akapitu używam go do utrwalenie radosnej zabawy jaką zasponsorowałem kaczkom. Jednak takie chwile spokoju to wielka rzadkość, to było ledwie parę dni w lecie. Niestety, takie dni trzeba brutalnie wyszarpać z codzienności… zresztą lato i tak się kończy.


Tak wygląda szczęśliwa kaczka:


Lato, mimo dobrego światła do fotografii nadaje się słabo – za dużo liści, za dużo owadów (i to nie komarów), zbyt gorąco aby w dzień coś się działo, zbyt wczesne poranki. Można narzekać w nieskończoność.


Ptaki które nie odlatują na zimę zaczynają podróżować w nieregularnych bandach. Jest to tzw. koczowanie. Zaczynają też opadać pojedyncze liście, jakoś tak zimno w ogóle się robi. Bocianów już dawno nie ma. Do jesieni brakuje jeszcze tylko rykowiska jeleni, które zacznie się lada dzień.


Idzie jesień – chmury, deszcz, liście. Zieleń i błękit ustąpi czerwieni i żółci. Ptaków jakby mniej, ale jednak więcej. Oczywiście sporo gatunków odlatuje, ale za to te co zostają coraz śmielej przylatują pod dom. Nawet nie zwróciłem uwagi, że przez całe lato nie było ani jednej sikorki bogatki – do czasu aż wczoraj je usłyszałem. No i czekam na spuszczenie wody w stawach… znowu tysiące ptaków przylecą, aby odpocząć i rzucić coś na dziób przed daleką podróżą. Będzie się działo.


Krótka, życiowa historyjka:
Kochane dzieci, mam do pytanie: Jakie kolory kojarzą się wam z lasem i wsią? Dzieci, widząc kolorowe obrazki pól, łąk, lasów przekrzykują się, radosne że mogą uczestniczyć w zabawie-konkurencji.: „Zielony od roślin! Żółty od zboża! Niebieski od nieba!”.

Kto tu jest niepoprawnym optymistą: Pani czy dzieci? A może oboje?


Moje codzienne barwy odstają nieco od tych podanych przez przedszkolne dzieci. Lekko zmieniając wypowiedziane kiedyś słowa, moje „kolory” wsi to: mokry od potu, czarny od błota, czerwony od krwi.


Pozdrawiam.

niedziela, 9 września 2012

Zwycięstwa i porażki - Lisokangur


- nominować 15 blogów
- poinformować wybrańców o wyróżnieniu
- zdradzić 7 faktów o sobie
- podziękować za nominację
- zawiesić nagrodę na swoim blogu

Nagroda! Ach och i dziękuję. Kolejna nagroda i kolejne podziękowania dla Tupaji. Mam wybrać 15 blogów, co przypomina mi pewną ciekawą historię. Podczas wojny secesyjnej rozdawano po stronie północy setki medali. Ile medali przyznano po stronie południa? ANI JEDNEGO. Robert E. Lee (ten od cytatu w nagłówku), głównodowodzący armiami południa zabronił nawet honorowych list poległych – każdy który był w armii konfederacji był bohaterem, i nie chciał nikogo wyłączyć z tej chwały. Największym honorem jaki południowy żołnierz mógł otrzymać, to być „wspomnianym w raportach”, co dawało zaszczyt noszenia… wstążeczki. Przenosząc to na nasz grunt, czyż nie ma większej nagrody niż być wspominanym w zwykłym poście?

 I dwie nominacje dla nowoodkrytych, bowiem zapowiada się ciekawie:
Jackowy "Krzemień"
moja mała zagroda i ja
Nazwy blogów pozostawiłem w niezmienionym zapisie (kwestia wielkości liter).

Siedem faktów o sobie... cieżko pisać o tak nieciekawej osobie.

1. Jestem sto razy lepiej obeznany w sztuce wojennej (sprawdzić pojęcie) niż w biologii.

2. Ogólnie jestem uprzejmy, ale cierpliwości nie mam żadnej. Bardzo łatwo mnie rozzłościć, a wtedy to nawet „karmić z procy lub na bardzo długim kiju”.

3. Nie wierzę w równość, w żadnym wymiarze. Ani drzewo, ani żaden liść nie są równe. Są ludzie warci mniej niż zdechły pies, są też tacy przy których jesteśmy jak mrówki. Jednak nie oznacza to, że od razu oceniam ludzi – po prostu uznaję nierówność, ale nie pławię się w niej.

4. Jestem leworęczny co trochę przeszkadza mi w wielu aspektach, bowiem każde narzędzie (w tym aparat) jest mi trudniej używać. Z kolei kosy nie mogę w ogóle używać, bowiem wymagałoby wykucia ostrza na „lustrzane odbicie”.

5. Chociaż sam nie poluję, tematykę łowiecką uwielbiam. Często z zażenowaniem czytam o przedstawianiu łowiectwa jako czegoś negatywnego – świadczy to o braku elementarnej wiedzy w temacie. Za to uwielbiam bezlitośnie i w jak największym gronie rozmawiać z takimi, co rzekomo widzieli jak inni polowali albo na polowaniu jako gość byli. Pytam na co polowali, co ustrzelili, z czego strzelali i w jakim miesiącu/porze roku. Oczywiście idą w zaparte i wychodzi, że myśliwi na polowaniu zbiorowym strzelali ze sztucerów do lecących kaczek w czerwcu… Pełna kompromitacja, mówiąc prostszym językiem "ja tylko wyciągam widły, a oni sami radośnie w nie wbiegają".

6. Jak już zapewnie domyślacie się, nie uznaję poprawności politycznej. Nie mam oporów w wyrażaniu swoich opinii, dlatego czasem jestem uznawany za: rasistę, faszystę (!), antysemitę, homofoba, chama, prostaka, człowieka bez współczucia... po prostu nie dałem się ogłupić tą poprawnością oraz lubię jasno i prosto wyrażać swoje zdanie.

7. Nie mam problemu z lecącą ze mnie krwią z nawet głębokich ran czy szeroko pojmowanym ubojem zwierząt (niestety, kura sama do obiadu sie nie zabije). Za to nawet w telewizji (czasami jak oglądam u rodziców) nie mogę patrzeć na te programy co w szpitalach kręcą, momentalnie mnie odrzuca.

A tematem na dzisiaj będzie: „k**** mać ty ch*** j*****!” – mówione do siebie lub aparatu, czyli nieudane zdjęcia które mogły być świetne.

„Nie będziesz miał rusztowań metalowych przede mną.”


„Wzgórze, zboże, trzy i pół sarny… kadrowanie, światło.”


„Orzeł jak się patrzy, ale gdzie nogi! Zawsze kadruj, co wyjdzie zobacz potem!”. Wspominałem, że mam nowe, pierzaste, ekologiczne kosiarki? 


„Znienacek z błotniakiem stawowym, czyli za długie naświetlanie.”


Fajnie pokazany ptasi przychówek, ale otoczenie… gruz, taczka z nie-powiem-czym po kaczkach, brudne poidło zrobione ze starego pojemnika… poezja.


Największa zarazem ulubiona porażka, gwóźdź posta – LISOKANGUR – szkoda tylko, że autofokus akurat wtedy postanowił założyć związek zawodowy. To zdjęcie NIE JEST fotomontażem. W komentarzach zapraszam do rozwikłania zagadki, jak to zdjęcie zostało zrobione :)

Za to następne jakie mu zrobiłem jest jednym z najlepszych zdjęć lisa jakie kiedykolwiek widziałem (co za skromność).

Pozdrawiam.

Ps. Dodałem blokowanie prawego przycisku myszy. Dalej banalne w obejściu, ale jakiekolwiek zabezpieczenie zdjęć.

niedziela, 2 września 2012

Śmierć ma zapach rudbeki.


Niemal wszystkim wydaje się, że przyroda to sielskość, radość i spokój. Piękne kwiaty, sarenki, zajączki i śpiewające ptaszki. Jest to obraz fałszywy do granic absurdu. Wynika on z prostej zasady – ludzie są z natury optymistami.


Śmierć i walka jest tak oczywista i częsta, że na wsi traktuje się ją z niewiele większą uwagą niż spadające liście – czasami trzeba tylko posprzątać. A bezpardonowa walka toczy się w każdej skali, miejscu i czasie. I celem jest zawsze śmierć, cokolwiek mniejszego traktowane jest jak porażka - zbędną stratę energii po stronie atakującego oraz zazwyczaj długą i bezużyteczną śmierć po stronie broniącego się.


Bardzo lubię rudbekie – wieloletnia roślina, sama się rozsiewa, posiada piękne i odporne kwiaty. I co ważniejsze, przyciąga całe chmary motyli i innych owadów. Pięknie, słonecznie, kolorowo… nic tylko patrzeć jak ekolodzy zaczną przykuwać się do rudbeki i zabraniać ich ścinania.


                Jednak nawet tutaj matematyka jest bezlitosna. Ilość owadów przylatujących do każdego z tych kwiatów jest zawsze większa niż odlatujących.


                Mam ogromną liczbę zdjęć – niemal każdego zwierzęta jakie pokazuje. Padnięte z mrozu, głodu, na wpół zjedzone, strawione itp. itd.  Wybrałem takiego niepozornego pajączka, bo jest dosyć neutralny. Gdybym pokazał lekko dojrzałego lisa czy ogryzioną nogę sarny mógłbym dostać ban, a chyba nie ma możliwości filtrowania 18+ dla pojedynczych postów.


Pozdrawiam.



środa, 29 sierpnia 2012

Głową w dół przez życia pół - Kowalik


Kowalik zwyczajny - Sitta europaea


O ile zobaczymy jego zdjęcie i zapamiętamy jego nazwę, kowalika będziemy rozpoznawać zawsze i bez problemu. Ciekawym jest to, że w ciągu lata zobaczymy go rzadko, mimo iż nie jest to ptak wędrowny. Natomiast po opadnięciu liści i przez całą zimę możemy napotkać go bardzo często, zarówno w lesie jak i nawiedzającego nasze zimowe karmniki razem z sikorkami.


Z wierzchu kowalik jest bladoniebieski, od spodu rdzawy (lub biały, w zależności od podgatunku). Charakterystyczna jest natomiast czarna opaska na oczach, nadających mu wyglądu stereotypowego bandyty, lub jak kto woli „Zorro”. Wielkością dorównuje wróblowi.


Niby niepozorny jest to ptak, ale jak zwykle pozory mylą. Kowalik bowiem jest (uwaga!) JEDYNYM ptakiem Polski i Europy, który potrafi poruszać się po drzewie głową dół – dlatego wypatrujcie go uważnie następnym razem.


Kowalik z zachowania ze wszech miar podobny jest do dzięcioła. Skacze bardzo zwinnie po pniach drzew. Jednak często robi to głową w dół i w porównaniu do dzięcioła nie używa ogona jako trzeciego punktu podparcia. Nie posiada też tak bardzo przystosowanej do kucia głowy jak dzięcioł, dlatego kilka silnych uderzeń to wszystko, co może zrobić.


Kowalik zakłada gniazda w dziuplach i cechą charakterystyczną dla niego jest zalepianie otworu budulcem podobnym do jaskółczego, gdy ten jest za szeroki. Zajmuję się tym samica. W tym samym czasie urządza ona też wnętrze gniazda – płatki kory sosnowej ułożone w kształt kwiatu. Składa sześć do ośmiu jaj, gdzieś pomiędzy końcem kwietnia a czerwcem. Lęg odbywa się tylko raz do roku i jest to prawdziwy ptasi hazard. Pisklaki żywią się w większości gąsienicami motyli, a sezon na nie trwa około dwóch tygodni. Jeżeli kowaliki wyklują się w złym momencie to wykarmienie potomstwa będzie bardzo trudne, a często niemożliwe. Dokładny czas na gąsienice nigdy nie jest pewny, bowiem nawet kilka deszczowych dni może pokrzyżować plany. Przenosi się to na końcowe wyniki: w sprzyjających warunkach cztery na pięć ptaków opuszcza dziuplę, w niesprzyjających mniej niż połowa. A gdyby to wydawałoby się dużo, to należy zaznaczyć, że tyczy się to wyprowadzonych lęgów. Małe kowaliki zachowują się bardzo głośno, przez co bardzo często są celem ataków kun, popielic czy dzięciołów.


Ciekawostką jest, że kowaliki podczas wybierania nasion (jak prawie każdy uwielbia słonecznik) z karmnika zabiera ich kilka, ale zjada tylko jedno. Reszta jest zawsze poutykana w rozmaitych szczelinach, zachowana na czarną godzinę.


Ptak można powiedzieć jak zwykle – wydaje się jednym z wielu, ale ma swoje odchyły.

Pozdrawiam.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Kopciuszkowa anomalia.


W mądrych książkach przeczytamy, że kopciuszek ma dwa legi do roku w okresie kwiecień-czerwiec.


A co widzę? Czwarty lęg, który wczoraj (druga połowa sierpnia) właśnie wyleciał. Młode po wylocie ludzi jeszcze nigdy nie widziały to pozwalają podejść do siebie naprawdę blisko.



Jednak rodzice zaraz przywołały swoje pociechy i wytłumaczyły, że z nieznajomymi się nie rozmawia.


Już niedługo wracam z normalniejszymi wpisami. Pozdrawiam.

Ps. Mam mnóstwo całkiem dobrych zdjęć kopciuszków, ale ciężko coś ciekawego o nich napisać to leżą i czekają na lepsze czasy…



niedziela, 5 sierpnia 2012

Czy sarnę można pogłaskać?

Prawie miesiąc bez znaku życia, a skłamałbym gdybym napisał, że nie miałem czasu... ale za to daję wam dzisiaj chyba najciekawszy wpis do tej pory. Będzie o sarnach, w tym coś zaskakującego (nawet szokującego), a o czym nie przeczytacie nawet w bardzo mądrych książkach (przyrodnicze, fotograficzne, łowieckie, ja nie znalazłem nawet słowa).


Jak blisko można podejść do sarny, zanim nas zauważy? Pamiętajmy, że życie sarny zawsze zależało od tego czy wypatrzy zagrożenie dostatecznie szybko żeby móc uciec, a w większości kraju jedynym wrogiem dla dorosłej i zdrowej sarny od wielu pokoleń jest wyłącznie człowiek. Nie ma w książkach wiele na ten temat i nie jest on podejmowany z bardzo prostej przyczyny: w Polsce na sarny można używać tylko broni kulowej, a ta mając dostatecznie duży zasięg sprawia, że nie ma potrzeby się dowiadywać.

Pewnego razu przeczytałem, że polując z łuku (w krajach gdzie to legalne), strzał do sarny uznaje się za etyczny, jeżeli został wykonany z odległości mniejszej niż 15 metrów. Na to znajomy z absolutną pewnością stwierdził, że na taką odległość sarny podejść się nie da. Odpowiedziałem, że najzwyczajniej nie ma racji i „tak jak tu stoję” mógłbym zakraść się do sarny na mniej niż 15 metrów, a nawet przynieść potem zdjęcie. Zakład szybko został zawarty. Miałem na wykonanie zadania dwa tygodnie, jednak musiałem zrobić to, „tak jak tu stoję”, czyli w niebieskiej koszuli, czarnej koszulce i zwykłych jeansach.

Opiszę jak wyglądają dwie metody na sarnę: z podchodu i z zasadzki. Bez wabików czy innych sztuczek, uzbrojony tylko aparat.

Najpewniejszą porą na spotkanie sarny jest zachód słońca. Wychodzi wtedy ze swojego legowiska, aby zapełnić żołądek przed nadchodzącą nocą. Stwierdziłem, że jeżeli będę już na miejscu zasadzki godzinę przed zachodem słońca to nie powinienem być zauważony.


Będąc już całkiem niedaleko zerwałem młodego kozła z legowiska. Który uciekł do małego, ale starego śródpolnego lasu, dokładnie tego z którego przewidywałem, że sarny wyjdą. Po dodarciu na miejsce pojawił się problem. Poza tym zadrzewieniem z którego miały wyjść sarny nie było się za czym schować, bo wszystko co rośnie na polach ma nie więcej niż kilka centymetrów, a tak ubrany to ja dla zwierząt wręcz świecę. Jednak czasu na szukanie nowego miejsca już nie było, więc ustawiłem za „rolną” drogą (czyli taką wykorzystywaną tylko przez rolników i tylko w czasie zasiewów i zbiorów), tak aby jedyna nieprzeorana kępa trawy na nim dawała jakąkolwiek osłonę.

Czekać nie trzeba było długo. Z lasu wyskoczyły dwa kozły, a uciekającym był ten sam kozioł, którego po drodze spotkałem. Widocznie musiał wkroczyć na nie swój teren. Pogoń trwała kilkanaście sekund, po czym zwycięzca stanął w miejscu, obserwował jeszcze kilka sekund ucieczkę i spokojnym krokiem ruszył powrotem do swojego pałacu. Jednak to czego nie wiedział, że to ja tą całą akcję sprowokowałem i jestem blisko. Jednak nie tak blisko jak potrzebowałem, gdyż wszystko działo się jakieś 100m ode mnie. Co gorsza, nie dość, że słońce już zaszło, to jeszcze od zachodu zaczynały pojawiać się chmury.


Ale nie minęło pół minuty, a zwycięzca razem z towarzyszącą mu kozą wychodzili na wieczorną ucztę. Podchodził dokładnie tak jak chciałem, prosto na przejazd przez rów między polami. Nie widział mnie do samego końca, lecz kiedy był już kilka metrów ode mnie, zatrzymał się i spojrzał w moim kierunku. Dalej mnie nie widział, ale obcy zapach tak blisko nie mógł pozostać niezbadany. Ponieważ trawa zasłaniała mi czysty widok a zabawa w chowanego i tak się skończyła, szybko wstałem zasłaniając twarz aparatem i zacząłem robić zdjęcia.


Kozioł, bez wątpienia król tego wzgórza, stał zaledwie parę metrów ode mnie i nie widząc mojej twarzy zza aparatu nie miał bladego pojęcia czym jestem, a ponieważ się nie ruszałem, był bardziej zaciekawiony niż przestraszony. Nie patrząc na parametry zdjęcia zupełnie nie zauważyłem, że podczas wstawania przypadkiem zmieniłem zestaw ustawień i cały czas robiłem zdjęcia z czasem otwarcia migawki dwudziestokrotnie niższym niż powinienem… a miało być tak pięknie.


Co prawda wygrałem zakład, ale to było gorzkie zwycięstwo.


Innego dnia, ale jeszcze w wyznaczonym czasie zobaczyłem pasącą się sarnę na brzegu łąki. Drugi koniec łąki przylegał do gospodarstw przy dosyć ruchliwej drodze, tak więc z jednej strony sarna (dokładniej koza) do tyłu nie ma jak uciec, a z drugiej strony ja też nie mam możliwości podejścia z innej strony niż prosto na nią. Problem polegał na tym, że między mną a sarną było 200m otwartego, płaskiego pola porośniętego kukurydzą o wysokości 10cm.

Wydaje się to niemożliwe, ale udało się (i dodam nawet, że nie czołgałem się). Dotarłem na skraj łąki, dwadzieścia metrów obok sarny aby dalej podejść pod osłoną traw. Okazało się, że dokładnie w tym miejscu leżała następna sarna, o której nie miałem wcześniej pojęcia. Przebiegła zaraz obok mnie, uciekając dokładnie tam skąd przyszedłem (zobaczcie przez co udało mi się zakraść). Ale nie po nią tu jestem i skradanie jeszcze nie zakończone.


Oczywiście pędząca jak szalona sarna zaalarmowała mój pierwotny cel, przez co zadanie znowu się skomplikowało. Dalej obserwując pole w ogóle nie zdawała sobie sprawy, że jestem wiele bliżej niż myśli. Czekając aż schyli się po trawę, metr po metrze zbliżałem się do "ofiary". Kiedy schyliła się po następny kawałek zieleniny, powoli podniosłem się z aparatem gotowym na strzał. Celuję i stoję, ale z głową w trawie nie ma co marnować pierwszego zdjęcia, bo głośna migawka natychmiast zdradzi moją pozycję.


Podniosła głowę, obserwując pole jak wcześniej. Pierwsze zdjęcie, natychmiast mnie zauważa.


Jak zwykle, sarna widzi mnie jako coś, co stoi nieruchomo, nie atakuje, nie ucieka, ma jedno czarne oko które co jakiś czas wydaje z siebie nieznany dotąd dźwięk. Zaciekawiona podchodzi jeszcze parę kroków, bada mnie wzrokiem jeszcze kilka sekund i bez zbędnego pośpiechu odchodzi. Zwycięstwo.


Wykorzystałem w obu przypadkach dwie cechy sarny. Pierwsza jest dosyć znana, wynikająca ze specyficznej budowy oka sarny. Sarna widzi szeroko i mistrzowsko wyłapuje każdy ruch, nawet z bardzo daleka. Takie wyczulenie powoduje jednak, że jest praktycznie ślepa jeżeli stoimy nieruchomo.

Druga cecha, tym razem moje spostrzeżenie, które zawsze działało na wszystkie sarny jakie spotkałem. Wygląda na to, że dla sarny decydującym czynnikiem przy ocenie czy widzi nieruchomego człowieka jest… twarz. Ma to sens, bo to jedyna część ciała która jest zawsze odkryta, ma ją każdy człowiek i jest świetnie widoczna. Starając trzymać się od ludzi jak najdalej, sarny nigdy nie miały okazji się nam przyjrzeć. Mogę się tylko domyślać, że z tego powodu sarny nie rozumieją w ogóle koncepcji ubioru, zwłaszcza, że każdy człowiek jest inaczej ubrany. Powoduje to jeszcze dalsze przesunięcie jej uwagi na wypatrywanie twarzy, aż przestają się liczyć inne kryteria.


                Odpowiadając w skrócie na pytanie zadane na początku powiem, że nie ma dolnej granicy. Z drugiej strony zarówno z 20m jak i 5m na pewno Cię w końcu wywęszy (niezależnie od kierunku wiatru), i po przekroczeniu pewnej odległości nie uda nam się wycofać nie będąc wykrytym.

Pozdrawiam.