czwartek, 10 października 2013

Sarnie poroże - budowa zewnętrzna.


Wspomniałem o rozwinięciu tematu dotyczącego poroży.


Bardzo często za czarną magię lub wróżenie z fusów uważa się selekcję sarny (i innych jeleniowatych) po wyglądzie poroża. Do tego, na co się patrzy określając wiek i kondycję kozła też dojdziemy.


Zatem zaczniemy od… początku i do tego małymi krokami. To znaczy jak wygląda poroże, z jakich elementów się składa. Pominiemy tu wszelkie anomalie – po prostu nie mam odpowiednich zdjęć i rekwizytów.


Aby słowny przekaz zobaczonego kozła niósł ze sobą minimalną informację, warto powiedzieć jaką formę poroża dany kozioł posiadał.



I tak oto mamy najprostsze: szydlarze. Poroże nie ma żadnych odnóg. Występowanie takiego poroża możemy podzielić na dwie (no może trzy) proste grupy: pierwsze lub ostatnie poroże (i niedorozwinięte/słabe osobniki) danego samca. Pierwsze prawidłowe poroże powinno być dłuższe niż połowa wysokości łyżek (uszu). W innym przypadku taki kozioł nie będzie w przyszłości wykształcał prawidłowego poroża i taki podlega selekcji (odstrzałowi).


Druga grupa to w zasadzie kozły stare, u których poroże uwsteczniło się do tego stopnia, że zaniknęły odnogi i pozostają proste „rogi”. Taki kozioł jest niezwykle niebezpieczny i podlega priorytetowemu odstrzałowi. Tłumaczę dlaczego. O ile młode kozły w pierwszym roku nie biorą udziału w rui i nie walczą, to stare kozły to robią. A z takimi oto „sztyletami” na głowie bardzo duża część pojedynków kończy się zrogowaniem przeciwnika. W środowisku gdzie istniała naturalna selekcja, kozły niemal nigdy nie dożywały wieku, w którym mogły takie poroże wykształcić.


Trzecią grupą są wszystkie kozły starsze niż rok, które są na tyle słabe genetycznie, że nie rozwinęły żadnych odnóg. I takiego oto delikwenta mamy tutaj na zdjęciu. Możemy zobaczyć, że końcówki już zaczynały się rozwidlać, ale to zdecydowanie za mało jak na jego wiek.



Drugi typ poroża to „widły”. Jak nie trudno się domyślić chodzi o poroże z jedną dodatkową odnogą i od razu należy napisać, że jest to odnoga przednia. Od nazwy takie sarny nazywamy „widlakami”.



Widły powstają jako pierwsze poroże kozłów przyszłościowych. Za to w drugie poroże kozła musi być przynajmniej widłami, z czego należy napisać, że widły te muszą mieć przednią odnogę dłuższą niż trzy centymetry. Czy zatem widlaki też są niepożądaną formą poroża? Niekoniecznie. Widlak selekcyjny to taki, który ma słabe widły. I chociaż za prawidłowe uważa się szóstaki (opisane niżej), to jeżeli widzimy naprawdę potężnego widlaka to do takiego się nie strzela. Takiego można było zobaczyć niedawno u mnie na blogu (TUTAJ).



Trzecią formą są szóstaki. Nazwa bierze się z tego, że na każdym parostku znajdują się po trzy odnogi, a że parostki są dwa, więc odnóg razem jest sześć. Jest to pożądana i dla gatunku „standardowa” liczba odnóg. Rzadko w pierwszym porożu mamy do czynienia ze słabym szóstakiem, nierzadko szóstak występuje w drugim porożu, a od trzeciego roku w górę (o ile nie jest mocnym widlakiem) szóstak jest jedyną akceptowalną formą poroża.


Omówmy zatem na takim modelowym porożu, z jakich oto części składa się poroże.


Na początku: poroże składa się z dwóch parostków, to znaczy dwóch „rogów” (chociaż rogi to nie są).


Parostek i jego rozgałęzienia, licząc od góry to: grot (czubek parostka), odnoga tylna (idąca do tyłu) i odnoga przednia. Ciekawym, ale bardzo rzadkim zjawiskiem jest poroże, które odnoga tylna i przednia są na tym samym poziomie tworząc krzyż. Takie kozła nazywa się krzyżakiem.


Idąc od dołu możemy wymienić kość czołową (całkiem oczywiste), z której wyrasta możdżeń. Możdżeń to twór kostny, który znajduje się pod skórą i to właśnie z niego co roku wyrasta poroże.




U żywej i zdrowej sarny pierwszą częścią poroża jakie widzimy to róża. Róża to to ta charakterystyczna podkładka u podstawy parostku. Idąc dalej widzimy te cudaczne gródki - to są tak zwane perły. Wśród pereł widzimy idące pionowo bruzdy, będące śladami naczyń krwionośnych, kiedy te istniały podczas formowania poroża.

Tyle, jeżeli chodzi o podstawowe informacje. Trochę nowych pojęć, parę zdań o selekcji. Zanim kiedyś przejdę do dalszych części omawiania poroża i czaszki jako całości warto zapewnić wam przerwę i czas na przyswojenie nowych informacji. Pozdrawiam

niedziela, 15 września 2013

Zajęczy okrągły post


No i tak oto dwa tygodnie przerwy, kiedy miałem ambicje pisania co tydzień. Mógłbym pisać, że brak tematów, zdjęć czy czasu i to byłoby kłamstwo. Prawda jest taka, że oto jest post numer sto. I z tego powodu chciałem napisać coś ciekawego. I nawet napisałem kilka artykułów, ale żaden nie wydawał się odpowiedni. Zdecydowałem się jednak na omówienie kolejnego gatunku. Wybór padł na ssaka, bowiem lista gatunków jest ich o wiele krótsza niż ptaków czy innych stworzeń i trzeba nimi rozporządzać dosyć oszczędnie. Do wyboru miałem wiewiórkę albo zająca, ale ponieważ te pierwsze (bezbożne stworzenia, co ogołacają mi orzechy włoskie) odwiedzają mnie dzień w dzień, postanowiłem zbierać materiał foto i zostawić je na później. Zatem czas na… zająca.


Zając Szarak – Lepus europaeus


                Jaki zając jest każdy widzi, można by napisać. Książkowe dane podają, że długość ciała dorosłego zająca to 65-76cm oraz 8-10cm ogona. Waga zależy od rejonu w którym zająca znajdziemy, z zasadą, że im dalej na wschód, tym więcej waży. I tak oto za zachodzie kraju średnia waga to 3,4kg a na wschodzie już 4,4kg.



                Zające, jak większość ginących gatunków lubią niewielkie, różnorodne pola gęsto poprzecinane zakrzaczonymi rowami i miedzami. Woli tereny o małych opadach i niewysokich uprawach - wiąże się z wczesnym dostrzeganiem zagrożenia i lubiącymi wilgoć pasożytami.


Dymorfizm płciowy jest tak słabo zaznaczony, że praktycznie nie da się rozróżnić płci u obserwowanego osobnika. Jedyną skuteczną metodą jest sprawdzenie zewnętrznych narządów płciowych, co jest z oczywistych powodów dosyć trudne do przeprowadzenia na żywych zającach. Struktura płci wskazuje na przewagę samic: od 1:1,04 do 1:1,86.



                Określenie wieku też wymaga dotknięcia zwierzęcia, do tego jest mało precyzyjne i dzieli się na dwie kategorie: do ośmiu miesięcy i powyżej ośmiu miesięcy. Są inne metody, ale są one czysto akademickie i niemożliwe do przeprowadzenia w domowych warunkach, takie jak zważenie gałki ocznej. Zające żyją do 12 lat, ale jak to zwykle bywa, maksymalna długość życia i faktyczna struktura wieku prawdziwie dzikich populacji są diametralnie różne. Dominującą grupą są osobniki czteroletnie i wydają się one szczytowym okresem w życiu zająca.


                To, że zając jest roślinożercą raczej wspominać nie trzeba.


                Ciąża u zajęcy trwa około 42 dni i w zależności od roku wydaje 3-4 mioty, a w każdym od jednego do sześciu młodych. W krajowych warunkach jedna samica wydaje około ośmiu młodych rocznie. Młode zajączki pobierają wyłącznie mleko do dziesiątego dnia życia, potem zaczynają przyjmować już pokarm roślinny (oczywiście stopniowo). Osiąga dojrzałość płciową w wieku siedmiu miesięcy, tak więc dosyć szybko. Co należy zaznaczyć zając ani nie buduje, ani nie żyje w norach.



                Liczebność zajęcy i stan ich populacji w naszym kraju to jeden z najciekawszych tematów dotyczących polskiej przyrody. W Polsce, jak i całej Europie od końca lat siedemdziesiątych liczba zajęcy spadła drastycznie. W latach 1970-1972 liczbę zajęcy w Polsce szacowano na 3,2 mln sztuk. W 2006 liczba ta wynosiła mniej niż pół miliona. Przyczyn tak przykrej tendencji jest kilka. Pierwszym „ciosem” jest kilkukrotny wzrost liczby lisów i innych drapieżników związany z podawaniu im szczepionek wścieklizny. To znaczy, że to właśnie zwykli ludzie którym nie pasuje, że las to nie miejski park przyczyniają się do wybijania zajęcy (i w jakim świetle ten fakt stawia „okrutnych” myśliwych polujących na „biedne” liski?).



Duży wpływ mają nie tylko ziemne, ale i skrzydlate drapieżniki. I tutaj mamy podział: starsze osobniki są wyłapywane przez „typowych” drapieżników, takich jak jastrzębie. Gniazda zajęcy są za to z ogromną skutecznością niszczone przez kruki, których liczba systematycznie rośnie. Dodam, że jest wręcz niesamowite, z jaką systematycznością (kształtem przypominającą koszenie kosiarką) przeczesują pola w poszukiwaniu jedzenia. Są też potwierdzane obserwacje, w którym kilka kuków zagania zające po polu do momentu, aż ten nie jest w stanie się bronić.



Nie bez znaczenia są czynniki klimatyczne. Co prawda zimy już nie te co kiedyś, dlatego ten czynnik ma coraz mniejsze znaczenie – warto wspomnieć, że za czasów świetności zająca nie było problemu z odbudową liczebności po ciężkich zimach. Poważniejszym kłopotem są opady, które osłabiają zające i wspomagają pierwotniaki powodujące kokcydiozę, chorobę o dużej śmiertelności. Są też wirusy, w tym dosyć nowy EBHS o śmiertelności ponad 70%. Co ciekawe, niemal wszystkie dzisiaj żyjące zające w Polsce posiadają przeciwciała, co oznacza, że miały kontakt z wirusem. Zapewnia im przynajmniej częściową odporność.




                Na koniec kilka uwag dotyczących zajęcy które sam zaobserwowałem: Chociaż przednia łapa zająca jest dwa razy krótsza niż tylna, w ruchu sprawia wrażenie, jak gdyby były równe. Burzy to trochę walory estetyczne jak dla mnie, bowiem chodzący zając przypomina mi bardziej psa niż wyidealizowanego szaraka. Drugą sprawą jest to, że chociaż zając ma swoje przyzwyczajenia i stosunkowo łatwo się na niego zaczaić, to jego zachowanie poza ogólnymi ramami jest losowe i niezrozumiałe. W tej samej grupie zajęcy, w zależności od dnia ten sam zając potrafi podejść do człowieka, który wcale się nie chowa na odległość nie większą niż 3 metry będą przy tym idealnie spokojny, a innym razem ucieka już od 200 metrów. Trzecią sprawą jest inne dziwne zachowanie. Chociaż zająca o inteligencję posądzać nie należy, zabawna wydawała mi się obserwacja zająca, który wyszedł na pole nie zwracając uwagi na jakiekolwiek źdźbła soczystej ozimy i przez ponad godzinę nie ruszając nawet uchem o centymetr wpatrywał się w zachodzące słońce. Ot, widać typ romantyka z niego.



Temat zająca pozostawiam absolutnie niewyczerpany, ale na razie musi starczyć. No bo jak pozbieram więcej materiału foto, to o czym będę pisał?


 Ps. Zapowiadając, co będzie tematem paru postów w bliższej lub dalszej przyszłości: Coś o robieniu serów, chociaż tu nie ma się czym chwalić – na razie nie otrzymuję tego co chciałem, ale pomyłki też są bardzo smaczne. Wczoraj nastawiłem piwo, powstają też inne produkty… nazywam to „projekty żywnościowe”. Ale póki nie osiągnę zadowalających efektów nic na ten temat więcej nie powiem. Pozdrawiam.

Ps2. Otrzymałem sugestię, że nazwa tego bloga jest dosyć enigmatyczna i pewnym jest, że trzeba ją zmienić. Ktoś ma jakieś sugestie? Sam nie mam jeszcze pomysłu i kto wie, może wykorzystam czyjąś nazwę (taki mini konkurs ;) ).

sobota, 31 sierpnia 2013

Front robót niezliczonych.


Pogoda stała się bardziej łaskawa, owadów rządnych krwi (przeklęte muchy końskie inne podobne) też jakby mniej co daje możliwość pracy w lesie. A jest co robić. Tegoroczne zapasy są zapewnione, ale na następną zimę prawie nie istnieją. Oczywiście dalej spora część lasu jest do przerzedzenia „na dwa lata temu”, dlatego surowca nie brakuje. Brakuje rąk do pracy, chociaż działając zgodnie z zasadą „połowa drzewa u mnie, połowa na eksport w ramach wynagrodzenia za pracę” i ten brak da się w pewien sposób zniwelować (co jest o tyle ważne, że drugą połowę dostaje rodzina).

Droga dojazdowa do gospodarstwa, chodź gminna, mogłaby służyć jako test podwozi czołgowych. I jak trafnym porównaniem mojego stosunku do tej drogi jest… instytucja pańszczyzny. Kiedyś kilka dni w roku chłopi musieli przeznaczać na budowę i remont dróg. I chociaż od tego czasu minęło kilkaset lat, kilka systemów władzy i kilka przesunięć granic, tutaj nie zmienia się nic. Całe szczęście pozostały po remoncie potężna góra tłuczonych dachówek idealnie pasujących do łatania dziur, a pozbywam się ich ogromną radością, bowiem ta góra jest dokładnie na środku obejścia…


Do tego dochodzą tu i ówdzie stare popękane doniczki (dziadek był leśnikiem, a przez pewien czas miał również kilka szklarni, ale nie tutaj na wsi), szkło, złom… dla podania skali podam, że napełnienie na ścisk kosza i jednego worka 110l samymi zniszczonymi doniczkami pozwolił na oczyszczenie około… 25-30 m2.

Jednak porządkowanie „pod chmurką” to jedna sprawa. Sprzątanie nie odwiedzanych od wielu lat pomieszczeń można nazwać przygodą samą w sobie, a wszystkie nadające się do użytku sprzęty natychmiast zostają włączone do obsługi rancza.

Tak oto odzyskana została maszynka do mielenia mięsa z godnym podziwu rozwiązaniem: silnik elektryczny jest połączony z maszynką poprzez skrzynię biegów od „komarka” (kto nie kojarzy – motoroweru). Obecnie służy do mielenia suchego chleba dla kur. Po oczyszczeniu i wymianie niektórych elementów do wędlin będzie jak znalazł.


Zastosowanie znalazła również sklepowa maszyna do mielenia ziaren kawy rodem z poprzedniego systemu. Idealnie nadaje się do mielenia kukurydzy, również dla drobiu.


Od dłuższego czasu do pracy został zaprzęgnięty „osioł”: czechosłowacki dwusuwowy diesel TZ. Maszyna kapryśna, powolna, akumulatora nie ładuje i zużywa spore ilości oleju. Ale jest zwrotny i jako jedyny jest w stanie wyciągać urobek z lasu.


A wciąż mówimy o rzeczach, które działają i które znalazły natychmiastowe zastosowanie. Cała lista „znalezisk” jest o wiele, wiele dłuższa. Czasem zastanawiam się, czy znajdę tutaj fragmenty komnaty bursztynowej.

Jakkolwiek ciekawie (albo i nie?) to brzmi, jednak nie napawa mnie to optymizmem. Całe te porządki trwają zdecydowanie dłużej, niż to zakładałem (drugi rok i kto wie ile jeszcze). Dodam, że tak naprawdę zmian na pierwszy rzut oka nie widać. Ale to dlatego, że do tej pory po prostu oczyszczałem pomieszczenia… aby robić selekcję i przenosić „nie-śmieci” z innych pomieszczeń. Brzmi jak syzyfowa praca, ale połowa pomieszczeń jest pusta i czeka na sortowanie drugiej części. Koniec końców śmieci będą wyrzucone, będę wiedział co tak naprawdę na ranczu się znajduje i połowa pomieszczeń, w tym spore magazynowe pomieszczenia będą puste.


A czas ucieka, człowiek robi się coraz bardziej zmęczony… ale tak to już jest. Robimy pewne rzeczy nie dlatego, że są łatwe, ale dlatego, że są trudne. Pozdrawiam.

Ps. O mały włos zapomniałem o bocianie. Pokołował i odleciał na, nie ma co ukrywać, na swoją ostatnią podróż. Dziękujemy gminie Syców, gminie Kobyla Góra, Policji w Sycowie, Straży Pożarnej w Sycowie za to, że „zrobiły” to, co potrafią najlepiej z pieniędzmi podatników. Dobrze wiedzieć, jak wysokiej klasy są to specjaliści.

piątek, 23 sierpnia 2013

Dalej stoi cz. 2 oraz sarny dla równowagi.


Miało być co drugi dzień, jest już trzeci. Po prostu nie miałem wczoraj sił i widok psa z bażantem w pysku jakoś mnie do pisania zniechęcił.


Bocian dalej stoi. Chociaż już z gniazda nie zlatuje. Na jego nieszczęście skrzydła ma sprawne, więc nawet gdyby była okazja, to złapać go byłoby naprawdę ciężko. Gmina, która obiecała interwencję następnego dnia zadzwoniła z pytaniem: „Czy sprawa jest dalej aktualna?”. I chociaż dalej jest aktualna, to na moje niefachowe oko nie wiem czy da się mu pomóc. Drugą nogę zaczyna trawić martwica, a bocian bez obu nóg…



A zmieniając temat… sarny sarny sarny. Ile można robić zdjęcia sarnom? Podchodzenie i tropienie mam już opanowane do stopnia zakrawającego o magię. Gdybym miał pozwolenie na odstrzał każdej, do której podejdę na piętnaście metrów… Liczba pozyskanych w ciągu jednego dnia kilogramów mięsa byłaby bez wątpienia trzycyfrowa. Dzień, w którym zostanę myśliwym będzie naprawdę ciekawy. Uspokajając: nie będę pozyskiwał więcej niż trzeba. Dziczyzna to mięso smaczne, ale na tyle niewdzięczne w obróbce, że dużo jej nie trzeba. No może poza pierwszym tygodniem, postaram się o niedorzecznie wysokie pozwolenia na odstrzał (oczywiście w ramach racjonalnej gospodarki łowieckiej) i zrobię takie derby po lasach, żeby dwadzieścia osób miało przy czym ucztować przez tydzień. Ale to dalej kwestia lat.



W skrócie: O ile znajdę czas to trzeba „zapolować” obiektywem na coś poważniejszego. Pozdrawiam.



PS. Zobaczymy ile warte są ludowe mądrości. Powinna być wczesna zima, bo jak cały sezon było cicho, to od niedawna myszy zlatują się do budynków gospodarskich tak masowo, że pułapek brakuje.

wtorek, 20 sierpnia 2013

A on tam dalej stoi...


Miało być swojsko i sielsko, ale są sprawy ważniejsze.

CAŁA SPRAWA WZBUDZA WE MNIE WŚCIEKŁOŚĆ I OBRZYDZENIE.


Przekaz na bardzo żywo, matryca jeszcze nie ostygła ze zdjęciami. Wybitnie zły to rok dla bocianów. Każdy pamięta zagłodzone boćki na ośnieżonych polach zimą. Z trzech odwiedzanych przeze mnie gniazd żaden z tegorocznych piskląt nie odleci do ciepłych krajów a jedyny, który do tej pory żyje stoi u sąsiada na stercie obornika. A „stoi” to bardzo odważne słowo.  Jedna noga połamana w stawie, poniżej ponuro dynda martwy kikut. Na drugiej nodze od wzmożonego użytku powstają bardzo niepokojące zmiany.



Ten bocian jest definicją tego jak wygląda ochrona środowiska na granicach województw. Straż pożarna z Dolnego Śląska JEDYNE co zrobiła to wypłoszyła ptaka z gniazda, a ten odlatując zaledwie kilkaset metrów schował się w wysokiej trawie. Co robi w tym momencie ta ciesząca się tak dużym zaufaniem publicznym służba? Zwija sprzęt i odjeżdża, bo skoro nie widać problemu to go nie ma. Żeby było ciekawiej, wszystko odbyło się na oczach Policji. Po dziesięciu godzinach bocian wrócił na gniazdo (co za wola przetrwania!), gmina (bo to ona odpowiada za takie przypadki) jednak odmawia ponownego zajęcia się sprawą, bo została już zamknięta(!).



Nie pozostawiając problemu samego sobie poszukałem najbliższego azylu dla takich „połamańców”. Kolejny szok: Gmina nie podpisała umowy z odpowiednim zakładem (zapewne dla oszczędności), dlatego „nie mogą nic zrobić”.


Całe szczęście bocian meldunku nie ma i obecnie znajduje się po drugiej strony drogi, a przez to w innym województwie i podlega innej gminie. Obecnie uruchamiane są mechanizmy ratunkowe, zostałem zapewniony o poszukiwaniach dla miejsca w schroniskach, interwencja (mam nadzieję) odbędzie się jutro.


A on tam stoi i moknie… teraz jak to piszę.



W ten czy inny sposób postaram się zapewnić codzienny (lub co drugi dzień) wpis kontynuujący losy ostatniego tegorocznego bociana.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Rogi czy poroże?


Lato leci dzień za dniem i z poziomu wiejskiej egzystencji żniwa są na ustach większości. Ale nie tylko dla nas jest to czas ważny. Ba, dla innych jest to najważniejszy czas w całym życiu. Okres godowy saren w pełni, a skoro te tak ochoczo tańczą po polach, to warto „potańczyć” wśród nich z aparatem.



Kozłów w tym roku dostatek i do tego każdy inny, dlatego warto skorzystać z okazji i napisać słów parę o porożach.


No właśnie, porożach czy rogach? Co sprawia, że coś ma rogi a coś poroże i czy w ogóle jest jakaś różnica? Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że różnicy nie ma – oba wyrastają z głowy i oboma można przeciwnika ugodzić. Ale różnica z punktu widzenia biologii jest ogromna.


Rogi zbudowane są z kreatyny – to znaczy z tego co włosy albo kopyta (lub paznokcie u ludzi). Wynika to z tego, że rogi są przekształceniem skóry. Drugą ważną cechą jest to, że są one w środku są puste. Trzecią cecha jest to, że rogi są tworem stałym – można je uciąć lub połamać, ale nigdy nie są one zrzucane przez powiedzmy taką krowę czy kozę.


Poroże to zupełnie inna bajka: co roku stare poroże jest zrzucane a w jego miejsce powstaje następne, przypominając trochę coroczne zęby mleczne. I jest to dobre porównanie, bowiem poroże jest tworem kostnym ze wszystkimi tego następstwami: głównym budulcem jest wapń, w czasie rozwoju jest pokryte skórą (wybitnie ukrwioną, w końcu coś musi przenosić niezbędne do budowy składniki).



Zbudowanie takiej „korony” w krótkim czasie wymaga obwitego w dobrej jakości pożywienie rewiru. Zaznaczyć też trzeba, że parostki są nakładane w okresie jesienno-zimowym i okorowywane na wiosnę. Jest to jeden z argumentów za dokarmianiem saren w zimę (dbając o bogatą w fosfor i wapń dietę), ale to temat rzeka i nie o nim dzisiaj będzie. A w samym czasie tworzenia poroża jest ono bardzo wrażliwe na wszelkie uderzenia, a te powodują wszelkiego rodzaju zniekształcenia. Dlatego kozły muszą być ostrożne, a nie jest to łatwe sunąc pełnym galopem przez las i krzaki.


Warto tu dodać, że poroże rzadko jest dobrym kryterium oceny wieku. Tylko z bardzo blisko można np. rozpoznać poroże starego kozła u którego zaczyna się degenerować, od takiego paroletniego silnego młodziaka. 



Wiedząc jak dużym obciążeniem dla organizmu jest nakładanie parostków, oczywistym staje się, że muszą one spełniać nie jedną, nie dwie, ale cały szereg funkcji. Tutaj zderzamy się z wciąż rozwijaną wiedzą, bowiem na przestrzeni dekad wiele akceptowanych pomysłów okazywało się błędnymi, a stare i odrzucone tezy od czasu do czasu przeżywają drugą młodość.


Tutaj zakończę (chociaż dopiero się rozkręcałem), bowiem opisanie budowy i funkcji sarnich poroży jest tematem długim i wymagającym odpowiednich zdjęć (jak mi się uda będą przekroje i szczegółowa anatomia pokazana na czaszkach).


Zapowiadam, że następny post będzie dalej od dziczy, a bliżej obejścia. Pozdrawiam.

BONUS: Wybitny dowód na to, że nie tylko ludzie mają stroje galowe. "Koźlak z muchą".


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Czas najwyższy złapać za aparat.


Nowy aparat, nowa optyka, stroje maskujące (ciekawostką jest, że do tej pory wszystkie zdjęcia były robione bez niego), kamuflaże, pół szafy nowoczesnej, fachowej literatury… Jednak ostatnie trzy tygodnie całkowicie musiały zostać poświęcone na opanowanie roślinności aby w ogóle myśleć o zdjęciach. Dopiero trzy dni temu zacząłem chodzić na patrole celem ustalenia pobytu i ścieżek zwierząt. Co prawda takie patrole dają możliwość zrobienia pewnych ujęć, ale latające czy wpatrzone w obiektyw sarny już tak nie bawią...


Oczywiście straciłem przez ten czas wiele okazji na zdjęcia, ale dopiero teraz pola pod naporem kombajnów zaczynają się „otwierać”. Kto próbował przechodzić przez dojrzały rzepak ten wie o co chodzi.

Tak rzadkie w lato czyste nocne niebo (bezchmurne wcale nie znaczy przejrzyste, zwłaszcza w lato!) aż prosi, aby je sfotografować. Pierwszy test wypadł obiecująco, dając kilka pomysłów jak wykorzystać to zjawisko dla ciekawszych kompozycji, ale póki nie spróbuję nie będę zdradzał szczegółów.


Chciałbym zwrócić na coś uwagę przy okazji tego zdjęcia. Ponieważ większość z nas żyje z dala od miejsc gdzie można zobaczyć drogę mleczną, zapominamy jak duże wrażenie musiało one wywierać na naszych przodkach. Bowiem mamy tu potężny dysonans. Chaos dnia codziennego: nieregularności, mnogość form i nieprzewidywalność (np. pogoda). Z drugiej strony niebo to: bezwzględne regularności, cykliczność zjawisk i idealne kształty. To działa na wyobraźnię, zwłaszcza, że ten „doskonały” świat zawsze był poza naszym zasięgiem.

Pozdrawiam. Już dochodzę do momentu, gdzie będę mógł aktywniej pisać i fotografować.