Pierwszy raz w tym roku w dzień
wolny od pracy był słoneczny dzień. Takiej okazji przepuścić po prostu nie
sposób, zwłaszcza, że początek dnia zapowiedziały trąbiące nad głową
żurawie.
„O jak dobrze jest pić z kufla
piwo które znam…” mogę zamienić na „O jak dobrze jest robić zdjęcia w
środowisku które znam…”. W promieniu stu metrów żerowisko bobrów, „lisia wyspa”
z wygrzewającym się lisem, za rowem startują bażanty, nad głową kołują myszołowy.
Ciężko już powiedzieć, ile w tym doświadczenia, ile wiedzy, ile talentu a ile szczęścia.
W skrócie – przyroda była łaskawa.
Gęsi na razie niewiele, ale kiedy
schodziłem z pleneru przelatywało ich kilka razy więcej niż znalazłem na
lądzie. To znaczy, że już niedługo zacznie się chyba najpiękniejszy okres w
roku – wiosenne przeloty gęsi, których tysiące będą latać nad Lasem Mira aby
potem kotłować się na stawach. A towarzyszyć im będą łabędzie, kaczki i żurawie…
no i bieliki. Trzeba będzie na to wydarzenie poświęcić tyle dni ile to możliwe, bo takiego
spektaklu nie uwicznić to grzech.
Żeby tylko dało się z tego żyć…
ekonomia jednak robi swoje. Póki co zatrudniłem się na etat, więc w najgorszym
wypadku na zdjęcia zostają mi tylko niedziele (sobota to dzień pracy w lesie).
Zobaczymy jak to wyjdzie.
Pozdrawiam.
Ps. Jako wypełniacz mam jeszcze
kilka zdjęć z karmnika leśnego, no i trzeba by było zrobić przegląd i
oczyszczenie budek, tak więc coś tam wrzucę jakby nic się działo przez następy
tydzień czy dwa.
Ps2. Wiem, że zdjęcia super
czarujące nie są, ale czasami gonienie króliczka jest ważniejsze, niż jego złapanie.













































