Do czasu aż nie będę miał okazji porobić zdjęć (dwa tygodnie przerwy jak na razie), będą występować długie przerwy w dodawaniu wpisów. Tymczasem zapraszam na wyniki przeprowadzonego eksperymentu fotograficznego "gwiazda północna", przeprowadzonego na początku lutego. Temat zdecydowanie do poprawek, ale mam już kilka pomysłów.
Pozdrawiam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niebo i Fizyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niebo i Fizyka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 15 czerwca 2014
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Czas najwyższy złapać za aparat.
Nowy aparat, nowa optyka, stroje
maskujące (ciekawostką jest, że do tej pory wszystkie zdjęcia były robione bez
niego), kamuflaże, pół szafy nowoczesnej, fachowej literatury… Jednak ostatnie
trzy tygodnie całkowicie musiały zostać poświęcone na opanowanie roślinności aby
w ogóle myśleć o zdjęciach. Dopiero trzy dni temu zacząłem chodzić na patrole
celem ustalenia pobytu i ścieżek zwierząt. Co prawda takie patrole dają możliwość
zrobienia pewnych ujęć, ale latające czy wpatrzone w obiektyw sarny już tak nie
bawią...
Oczywiście straciłem przez ten
czas wiele okazji na zdjęcia, ale dopiero teraz pola pod naporem kombajnów
zaczynają się „otwierać”. Kto próbował przechodzić przez dojrzały rzepak ten
wie o co chodzi.
Tak rzadkie w lato czyste
nocne niebo (bezchmurne wcale nie znaczy przejrzyste, zwłaszcza w lato!) aż
prosi, aby je sfotografować. Pierwszy test wypadł obiecująco, dając kilka
pomysłów jak wykorzystać to zjawisko dla ciekawszych kompozycji, ale póki nie
spróbuję nie będę zdradzał szczegółów.
Chciałbym zwrócić na coś uwagę
przy okazji tego zdjęcia. Ponieważ większość z nas żyje z dala od miejsc gdzie można
zobaczyć drogę mleczną, zapominamy jak duże wrażenie musiało one wywierać na
naszych przodkach. Bowiem mamy tu potężny dysonans. Chaos dnia codziennego:
nieregularności, mnogość form i nieprzewidywalność (np. pogoda). Z drugiej
strony niebo to: bezwzględne regularności, cykliczność zjawisk i idealne
kształty. To działa na wyobraźnię, zwłaszcza, że ten „doskonały” świat zawsze był
poza naszym zasięgiem.
Pozdrawiam. Już dochodzę do
momentu, gdzie będę mógł aktywniej pisać i fotografować.
czwartek, 21 czerwca 2012
Korona z nieba, herosi... takie tam
Skoro mamy pierwszy dzień lata, to zacnym by było napisać coś o niebie. Dzisiaj na tapetę idą następne dwa gwiazdozbiory: Piękna Korona Północy oraz najsławniejszy heros wszechczasów czyli Herkules.
Oba gwiazdozbiory mogą być na początku problematyczne do znalezienia. Korona jest mała, Herkules nie ma bardzo jasnych gwiazd, a obie konstelacje podróżują z dala od gwiazdy północnej, przez co szybko zmieniają pozycje w ciągu nocy. Musimy znaleźć najpierw Koronę, bowiem o ile ją już znajdziemy, może służyć za punkt odniesienia do następnych gwiazdozbiorów. A kiedy raz znajdziemy koronę, nie będziemy mieli problemu z natychmiastowym jej zauważeniem w przyszłości. Zatem ruszamy, po nitce do kłębka (bardzo dobre określenie jak dalej przeczytamy).
Wróćmy do Wielkiego Wozu, każdy potrafi go odnaleźć. Weźmiemy pierwszą i ostatnią gwiazdę "dyszla". I polecimy po jego prostej na dwie odległości, jesteśmy w samym centrum Korony. Nie da jej się nie zauważyć, gdyż jest to bardzo jasne i charakterystyczne „U” na niebie.
Co mówi nam mitologia o Koronie? Należy ona do Ariadny, co może brzmieć znajomo? Tak, to ta Ariadna która podarowała Tezeuszowi słynną nić, aby ten nie zabłądził w labiryncie Minotaura. Ariadnie przepowiedziano kiedyś, że poślubi boga. W nie do końca jasnych okolicznościach Tezeusz zostawił ją na wyspie Naksos. Najbardziej prawdopodobną wersją jest, że na tej wyspie Tezeuszowi ukazał się Dionizos który powiedział mu o przepowiedni. Pozostawiona tak księżniczka (była córką Minosa) została pozostawiona na pastwę Dionizosowi. Mimo, że był to Bóg winorośli a przede wszystkim wina, Dionizos jako zaprawiony imprezowicz posiadał klasę. Poprosił Ariadnę o rękę, jednak ta nie wierząc w jego boskość kazała mu to udowodnić. Zatem poleciał on do Wenus aby przygotowała przepiękną koronę jako prezent ślubny. Kiedy prośba zastała spełniona, Ariadna wreszcie przyjęła oświadczyny. Uradowany Dionizos był tak bardzo szczęśliwy, że podrzucił koronę tak wysoko, że została ona na niebie… na zawsze. Swoją drogą, wyobrażacie sobie drogie damy, aby po przyjęciu oświadczyn ktoś wyrzucił wasz pierścionek?
Kiedy znajdziemy koronę, w sąsiedztwie mimowolnie wypatrzymy gwiazdy układające się w kształt bliski kwadratowi. Od każdej z czterech gwiazd odchodzą kończyny. To właśnie jest Herkules. Wybaczcie, ale pisać o jego przygodach nie będę, bo te historie zna każde dziecko.
Pozdrawiam.
Ps. Różne źródła różnie rysują Herkulesa. Dla porównania daje źródło książkowe, a dla innego układu zapraszam na wikipedię.
niedziela, 29 kwietnia 2012
Niedźwiedź, psy i tunele... na niebie.
Wielka niedźwiedzica to naprawdę
rozległy gwiazdozbiór… i bardzo nieciekawy. Tylko dwie rzeczy są warte
wspomnienia, z czego widać tylko jedną. Gwiazdy często powstają w układach wielokrotnych,
ale druga gwiazda „ogona” jest układem składającym się z aż sześciu gwiazd. Dodatkowo jest tam największa i jak dotąd
najdalsza zaobserwowana czarna dziura jaką znaleźliśmy. Jednak jeżeli chodzi o
historię, to wielka niedźwiedzica jest ważnym… eksponatem archeologicznym.
Nawet Indianie, którzy oddzieli się od reszty świata wiele tysięcy lat temu rozpoznają
te gwiazdy jako niedźwiedzia. Zaznaczam, że chodzi o cały gwiazdozbiór. Ale
praktycznie wszyscy wielką niedźwiedzicę (mylnie) kojarzą z najjaśniejszym jej
fragmentem – wielkim wozem.
Wielki wóz – tak jest
rozpoznawany w większej części Europy. Natomiast w Wielkiej Brytanii i Irlandii
znany jest jako pług. Używali jej
niewolnicy w USA, a „podążanie za tykwą”, oznaczało podążanie na północ, która
dawała (mylną) nadzieję wolności. Jest (chyba każdy się z tym zgodzi)
najbardziej rozpoznawanym elementem nieba, po słońcu i księżycu.
Jeżeli weźmiemy „dyszel” i
przeciągniemy go równolegle w dół, to dojedziemy do następnego gwiazdozbioru.
Chociaż jeżeli mamy coś zapamiętać, zapomnijmy o wozie i powróćmy do
niedźwiedzia. Ogon niedźwiedzicy jest ścigany przez Psy Gończe, całkiem mały i
ciemny gwiazdozbiór.
Jednak aby cokolwiek mądrego
napisać, chciałbym rzucić światło, jak gwiazdy tworzą światło – nie jest to
takie oczywiste jak się wydaje.
Ludzie od dawna zastanawiali się
skąd bierze się potęga słońca, które świeciło i ogrzewało nas …od zawsze.
Wielką łamigłówką dla badaczy był skład słońca, który odkryto w XIX wieku. Słońce,
jak się okazało, składa się niemal wyłącznie z dwóch najlżejszych pierwiastków we wszechświecie
– wodór i hel.
Hel uzyskał swoją nazwę od
Heliosa, ponieważ odkryto go najpierw na słońcu. Przez prawie trzydzieści lat
wierzono, że na ziemi nie ma helu, ponieważ hel jest gazem szlachetnym i szybko
ucieka z atmosfery. Hel ma również polski akcent, nasze złoża gazu są jednymi z
najbogatszych w hel. Dodatkowo jako jedyni w całej Unii posiadamy instalację do
pozyskiwania helu. Dzięki temu, jesteśmy jednym z zaledwie sześciu państw, które
mogą produkować hel. Ale wróćmy do gwiazd.
Dzięki słynnemu równaniu
Einsteina okazało się, że masa to bardzo mocno upakowana energia. Znano też, z
czego zbudowane są atomy (neutrony, elektrony, protony). Łączna suma części
składowych czterech wodorów jest taka sama jak jednego atomu helu – jednak hel
miał mniejszą masę. Łącząc to wszystko powstała teoria, że cztery atomy wodoru
łączą się w atom helu, a brakująca masa daje energię. Tak odkryto zjawisko
fuzji. Oczywiście teoria okazała się prawdziwa, ale…
Coś się nie zgadzało. Okazało
się, że słońce ma o wiele za małą temperaturę, aby fuzja mogła mieć miejsce.
Cząsteczki nie miały dość energii, aby się połączyć. Z pomocą przybyła
mechanika kwantowa w postaci zjawiska tunelowania.
Tunelowanie stoi naprzeciw
codziennym doświadczeniom. Jeżeli mamy do przeskoczenia pięciometrowy mur, to
powiemy, że nam się nie uda bo nie mamy tyle energii aby to zrobić. Jednak
jeżeli weźmiemy odpowiednio małe odległości i małe cząsteczki – jakie napotykamy
w skali atomowej – to od czasu do czasu udaje się dokonać rzeczy pozornie
niemożliwej. Tak właśnie dzieje się na słońcu. To zjawisko ma poważne
implikacje. Po pierwsze dzięki temu słońce pali się naprawdę powoli, metr
sześcienny słońca produkuje zaledwie 5 watów energii! Takie powolne spalanie
daje czas aby mogło powstać życie. Z drugiej strony, jeżeli chcemy kiedyś
wybudować elektrownie termojądrową, to musimy stworzyć warunki co najmniej dziesięć
razy gorsze niż w sercu słońca.
Pozdrawiam.
środa, 22 lutego 2012
Kosmiczna Korrida i kibicujący Perseusz.
Pisałem już o Orionie. Lecz kim on był? Myśliwym, i to podobno najlepszym z najlepszych. Niestety, zabijanie spodobało mu się tak bardzo, że talent łowiectwa skaziło bezzasadne okrucieństwo. Co w odwecie zrobiła Artemida (jej zdjęcie), aby ukarać Oriona to inna historia, o której napiszę innym razem. Skupmy się na tym, co widzimy na niebie.
Orion to nie tylko „klepsydra” malująca się na niebie, posiada on również ręce. Patrząc na Łowczego, mamy wrażenie, że coś trzyma. Niektórzy rysują to jako tarczę albo skórę zwierzęcia, ja widzę to inaczej. Wyobraźmy sobie łuk (w końcu czym innym miał polować?). Właśnie ten łuk jest podniesiony, jak gdyby do czegoś mierzył. Celuje w coś, co wygląda jak „V”. Jak się okazuje, cel obrał okazały. Jest to potężny przeciwnik, Byk. I jak to na niebie bywa, byk ten wcale zwykły nie jest.
Według legendy, gwiazdozbiór byka jest pamiątką jednej z wielu przygód miłosnych Zeusa. „Ofiarą” była córka króla Agenora, Europa. Zeus uknuł plan jak zdobyć księżniczkę o legendarnej wręcz urodzie. Przybrał postać byka, po czym biedna niewiasta, zaskoczona potulnością olbrzymiej bestii postanowiła usiąść mu na grzbiecie. Właśnie na to liczył Zeus. Porywacz wystartował z „łupem” z terenów obecnej Libii i nie przestał się biec, aż nie dobiegł do Krety. Na cześć kolejnego swego miłosnego uniesienia, Zeus postanowił wynieść byka na nieboskłon.
Wiemy już co to za Byk. Jednak dodam jeszcze, że Europa była wnuczką Posejdona, a Posejdon był bratem Zeusa. Bóg nie Anioł.
Więc aby łatwiej poruszać się na niebie, proponuje objąć ten obszar nieba jako wielką scenę polowania. Orion celuje w Byka, a byk stara się zasłonić swym ciałem Plejady.
Lecz koniec mitów i legend. Co ciekawego znajdziemy w tym gwiazdozbiorze? Rdzeń gwiazdozbioru stanowi gromada otwarta o nazwie Hiady. Tworzy ona charakterystyczne „V” na niebie. Są oddalone „zaledwie” 150 lat świetlnych, i są rozpostarte na szerokość 80 lat świetlnych. Powstałe z jednej chmury gazu jakieś 700 milionów lat temu, powoli rozlatują się na różne strony – jak ptaki z gniazda. Należy jednak zaznaczyć, że najjaśniejsza gwiazda w tym układnie – Aldebaran, do tej gromady nie należy. To osobna gwiazda, znajdująca się w odległości zaledwie 65 lat świetlnych. Jest tylko 2,5 razy cięższa od słońca, jednak z racji przemiany w czerwonego olbrzyma ma ona średnicę ponad czterdziestokrotnie większą. Aldebaran, zwany również „Okiem Byka” jest ciekawy również z innego powodu.
Jeżeli jest on czerwonym olbrzymem, to znaczy, że umiera. Nasze słońce które syntezuje wodór w hel ma temperaturę w rdzeniu około 13,5 miliona stopni. Aldebaranowi skończył się wodór w jądrze, co powoduje zatrzymanie syntezy. Brak tego zjawiska powoduje, że grawitacja może bez przeszkód (i bardzo szybko) ściągać całą materię gwiazdy do środka. Zapada się ona tak długo, dopóki rdzeń nie osiągnie 100 milionów stopni, co pozwala łączyć hel w następne pierwiastki (tlen i węgiel). Jednak Oko Byka znajduje się dokładnie pomiędzy tymi etapami. Na pewno skończył się już wodór, ale obecna temperatura powierzchni pozwala wnioskować, że drugi etap jeszcze się nie zaczął.
Jeżeli narysujemy prostą pomiędzy „stopą” Oriona a Aldebaranem, znajdziemy następny gwiazdozbiór (zaraz za plejadami). Perseusz, sławny dzięki pokonaniu Meduzy, był synem Danae i… Zeusa. Dodatkowo jego historia powiązana jest z Andromedą i Wielorybem, a oba te gwiazdozbiory są całkiem blisko Perseusza, ale to temat na inną historię.
Ciekawym składnikiem jest gwiazda Algol – głowa diabła. Już w starożytności widziano, że posiada ona zmienną jasność. Wynika ona z tego, że jest to układ podwójny. Z zegarmistrzowską precyzją, gwiazdy cyklicznie zasłaniają się nawzajem powodując wahania w jasności (animacja z wikipedii).
Gwiazdozbiór ten staje się naprawdę ciekawy dopiero w lato. Od końca lipca, do drugiej połowy sierpnia pojawiają się Perseidy. Jest to chyba najbardziej znany rój meteorów. Do czasu ukazania się Perseid jeszcze sporo czasu, więcej napiszę o tym zjawisku jak będzie odpowiedni czas.
Dodaję zdjęcia również bez kresek, ale lekko zretuszowane dla lepszej widoczności. Pozdrawiam.
sobota, 11 lutego 2012
Orion - Kosmiczny Feniks
Gwiazd na niebie jest mnóstwo. I więcej nie chcę, zwłaszcza tych na flagach. Po ostatnich nieudolnych próbach fotografii nieba powróciłem do Oriona – najbardziej rozpoznawalnego zimowego gwiazdozbioru. A jakże ciekawa to gromada, pomijam ułożenie trzech gwiazd w linię, ten klasyczny „pas” Oriona.
Jeżeli cieszymy się czystym niebem i oddalimy się troszeczkę od lamp ulicznych, zobaczymy „miecz Oriona”. Składa się on z trzech blisko upakowanych gwiazd. Trach (walnął mnie w ucho Einstein ;) )! Środkowa „gwiazda” to wcale nie jest (technicznie mówiąc) gwiazda! To cała mgławica, najbliższy względem nas obszar gwiazdotwórczy. Odkrycia Teleskopu Hubble'a pozwoliły na szczegółowe rozróżnienie składników. Jest to tak rozmiata i dziwna gromada, że zabrakłoby mi nocy na ich opisanie (odsyłam do wikipedii). Na szybko i co ważniejsze: gwiazdy olbrzymie, gwiazdy malutkie, gwiazdy nieudane, tworzące się planety. I wszystko zatopione w świecącej powłoce gazu. To właśnie w takim kosmicznym ZOO powstał nasz układ słoneczny. Dzięki nowoczesnej technice, możemy zobaczyć na dodatek „z czego” to wszytko jest zbudowane. Tak jak zakładaliśmy, są rozmaite atomy, lekkie i ciężkie. Jednak co moim zdaniem jest absolutnie najważniejsze, jest odkrycie w dużych ilościach związków organicznych. Co prawda dosyć prostych, jak kwas octowy, alkohole czy aminokwasy. Ale tych związków jest tam dużo, a niech znajdzie się w tym młynie ten złoty związek chemiczny, DNA (a raczej RNA). Ech marzenia…
Ale wszystko ma swój koniec. Popatrzmy na jedno z jego ramion Oriona. Ten czerwony punkt nad pasem jest gwiazdą, w której naukowcy pokładają duża nadzieję. Betelgeza, bo tak ma na imię, to prawdziwy kolos. Posiada masę 14-15 mas naszych słońc (pięć milionów mas naszej planety) i zajmowałby obszar rozciągający się aż do Marsa. Jest to jedna z kilkunastu gwiazd, która jest na tyle blisko (i ma takie rozmiary), że przy pomocy nowoczesnych teleskopów możemy widzieć ją jako tarczę (a nie jako punkt). Ma to spore znaczenie, mamy nawet zdjęcia plam słonecznych na nim. Jednak to nie jest to, co przyciąga naukowców do niej.
Betelgeza umiera. W ciągu ostatnich piętnastu lat jej jasność drastycznie spadła, zaczynają pojawiać się inne dziwne zjawiska. Kończąca jej żywot supernowa to największa eksplozja, o jakiej mamy dzisiaj pojęcie (Wielki Wybuch nie był eksplozją). Byłaby to zarazem pierwsza supernowa w naszej galaktyce, która została zaobserwowana w czasach nowoczesnej nauki. Nie musze dodawać, jak wiele dałoby to naszej nauce. A przy okazji jak piękny byłby to spektakl. Przez około dwa tygodnie cieszylibyśmy się obiektem o jasności – zależy od teorii – gdzieś pomiędzy drugim słońcem a księżycem w pełni. Kiedy jednak to wszystko nastąpi? Betelgeza może eksplodować w każdej chwili, nawet teraz kiedy to czytacie. Z drugiej strony, licząc na czas gwiazdowy… umieranie to proces szybki, zaledwie milion lat.
Zdjęcie: Obok Oriona mozemy podziwiać piękne zgromadzenie gwiazd, Plejady
Można rozpaczać, że Orion kiedyś straci rękę (i wiele na swym uroku), ale porównałbym to do utraty żebra przez Adama. Z jego resztek powstanie chmura, właśnie taka jak Wielka Mgławica Oriona. I z niej powstaną nowe gwiazdy, nowe planety… ale to już zupełnie inna historia.
Podsumowując. Gdyby nazywać gwiazdozbiory dzisiaj, zdecydowanie Orion zmieniłby imię na Feniks. Pozdrawiam.
środa, 1 lutego 2012
W zimną, księżycową noc.
Wykonałem domowej roboty monopod, gdyż nie muszę pisać, jak frustrujące jest wykonanie piętnastu zdjęć sceny której nigdy więcej nie zobaczę... aby w domu po oględzinach rozpaczać, ponieważ wszystkie są poruszone. Zachęcony pierwszymi próbami, postanowiłem spróbować coś, o czym zawsze myślałem.
Niebo było czyściutkie i to chyba jedyna zaleta zimowych wyżów. Wykonałem około dwustu zdjęć, większość na Jowisz i Wenus. Tak jak podejrzewałem, wynik to kilkanaście pikseli układających się w okrąg. Następnie obiektyw skierowałem na srebrny glob. Kilkadziesiąt zdjęć, aby dobrać właściwe naświetlenie, bowiem automatyka po prostu nie radzi sobie z oślepiającą powierzchnią księżyca i absolutną czernią kosmosu.
Szybka zmiana obiektywu na mniejsze ogniskowe, aby objąć większy kawałek nieba. Efekty były dalekie od zadowalających, ponieważ ciężko dobrać ostrość a dodatkowo księżyc skutecznie zagłuszał blask gwiazd. Obecnie jestem w mieście, więc zaśmiecenie światłem też było bardzo duże. Na zdjęciu konstelacja Orion.
Zdjęcie paskudne, ale... po trzech zdjęciach akumulator wyczerpał się, chociaż na początku myślałem, że zamarzł. Pech. Jednak zapowiada się ciekawie, nie mogę się doczekać jak pojadę w dzicz robić zdjęcia bez księżyca. Trzymam kciuki aby takie niebo było za trzy tygodnie, może wykonam wtedy wymarzone zdjęcie drogi mlecznej.
Obiecałem dzisiaj zamieścić wyniki, więc oto one. Pozdrawiam.
Niebo było czyściutkie i to chyba jedyna zaleta zimowych wyżów. Wykonałem około dwustu zdjęć, większość na Jowisz i Wenus. Tak jak podejrzewałem, wynik to kilkanaście pikseli układających się w okrąg. Następnie obiektyw skierowałem na srebrny glob. Kilkadziesiąt zdjęć, aby dobrać właściwe naświetlenie, bowiem automatyka po prostu nie radzi sobie z oślepiającą powierzchnią księżyca i absolutną czernią kosmosu.
Szybka zmiana obiektywu na mniejsze ogniskowe, aby objąć większy kawałek nieba. Efekty były dalekie od zadowalających, ponieważ ciężko dobrać ostrość a dodatkowo księżyc skutecznie zagłuszał blask gwiazd. Obecnie jestem w mieście, więc zaśmiecenie światłem też było bardzo duże. Na zdjęciu konstelacja Orion.
Zdjęcie paskudne, ale... po trzech zdjęciach akumulator wyczerpał się, chociaż na początku myślałem, że zamarzł. Pech. Jednak zapowiada się ciekawie, nie mogę się doczekać jak pojadę w dzicz robić zdjęcia bez księżyca. Trzymam kciuki aby takie niebo było za trzy tygodnie, może wykonam wtedy wymarzone zdjęcie drogi mlecznej.
Obiecałem dzisiaj zamieścić wyniki, więc oto one. Pozdrawiam.
środa, 25 stycznia 2012
Wszystko przemija, nawet czas.
Dzisiejsza nauka daje nam niesamowitą możliwość podróżowania po krańcach wszechświata, o którym wiemy tyle, że na pewno go nie rozumiemy. Pozwala nam zobaczyć, zasmakować i usłyszeć (wszystko dosłownie!) światy, których na pewno za naszego życia nie zdobędziemy. Po co więc się nimi zajmować? Otrzymujemy dzięki temu coś, bez czego ludzkość umrze jak ryba bez wody – niezbadane horyzonty czekające na nasze nadejście (lepszym określeniem są chyba w naszym języku „kresy”, a najlepszym możliwym „frontier” z angielskiego). Nawet jeżeli nie są one materialne, a tylko wymyślone na kartkach i tablicach. Czym bowiem tak naprawdę różnił się Kolumb od Einsteina?
Dzisiaj coś zupełnie innego. Zapraszam do pierwszego artykułu w którym staram się odpowiedzieć sobie na pytanie; „Dlaczego?”. Proszę bardzo o komentarze i opinie na temat artykułu, czy się wam podobał i czy jest to język zrozumiały.
Pewien hinduski władca chciał wynagrodzić mędrca, który pokazał mu szachy. Mędrzec bez wahania odpowiedział, że chce ziarna (niech będzie ryżu). Ile? Dał władcy takie zalecenie: Na pierwszym polu ma być jedno ziarno, na drugim dwa, na następnym cztery i tak co pole dwa razy więcej. Sprawa wydawała się banalna, pól jest tylko 64. Jednak kiedy rozkazał zebrać odpowiednia ilość ryżu, okazało się jak bardzo skompromitował się obiecując dochowania obietnicy. Ilość ryżu otrzymana w ten sposób jest tysiąc razy większa niż jej obecne światowe zbiory.
Wnioski z tego są dwa: Człowiek w potocznym myśleniu nie jest w stanie operować dużymi liczbami. Druga, że jeżeli coś wzrasta wykładniczo, to nieważne jak małe jest na początku, i tak szybko staje się absurdalnie duże.
Kiedy nasi przodkowie nauczyli się liczyć, zauważyli, że nie ma liczby takiej, żeby nie było większej – tak powstała nieskończoność. Nie wydaje się ona nam szczególnie groźna. Dlatego, że po prostu umysł człowieka nie pojmuje dużych liczb. Przykładem jest przytoczona legenda.
Ale co to ma wspólnego z czasem? Okazuje się, że bardzo dużo. Przez całą historię ludzkości wydawało się, że świat istniał od zawsze. Ostatecznie ta wizja wszechświata została obalona za czasu naszych dziadków, a zrobił to Edwin Hubble. Odkrył, że wszechświat się powiększa. Ba! Nawet, że robi to coraz szybciej. Tak postał pomysł, że skoro wszystko się oddala to znaczy, że jeżeli będziemy się cofać to wszystko w końcu wszystko będzie w tym jednym miejscu. Ten pomysł ma swoją nazwę – Wielki Wybuch (określenie bardzo mylące, nie było wybuchu, niczego wielkiego też tam nie było).
Problem polega na tym, że teoria Wielkiego Wybuchu nie działa. Problemy z teorią zaczynają się przy pewnej bardzo określonej granicy. Potrafimy cofnąć się do czasu w którym wszechświat ma 10^-34 sekundy, czyli 0,…(42 zera)1s. Nie posiadamy obecnie teorii która operuje mniejszymi wielkościami fizycznymi. Był to stan w którym ani czas, ani przestrzeń nie miała sensu fizycznego.
Są naukowcy którzy uważają, że Wielki Wybuch był tylko stworzeniem materii, ale czas istniał… od zawsze. Nie potrafię zaakceptować takiego podejścia. Powstaliśmy z punktu mniejszego niż zakłada to długość planka (odległość, jaką światło pokonuje w ciągu czasu Plancka), więc jakakolwiek informacja na temat istnienia czasu czy przestrzeni przed tym zdarzeniem została bezpowrotnie utracona.
Więc musimy uznać, że cokolwiek spowodowało (nie mogę napisać „było przed”) Wielki Wybuch, nie miało w swojej składni czasu ani przestrzeni (ale istniała zasada przyczyna-skutek), bo to są tylko jej produkty. Daje nam to wniosek, że kij zwany czasem ma przynajmniej jeden koniec. A drugi?
Wszechświat się powiększa, na dodatek robi to coraz szybciej. Z tego co obserwujemy, pusta przestrzeń generuje nową pustą przestrzeń. I ta nowa przestrzeń tworzy nową pustą przestrzeń… czyli pustka rośnie wykładniczo. A ilość materii nie rośnie, a nawet maleje! Słynne równanie Einsteina (E=mc^2) mówi nam, że masa jest po prostu mocno skupioną formą energii. Tak działają gwiazdy i bomby atomowe. Aby świecić nasze słońce co sekundę zamienia w energię… cztery miliardy kilogramów(!), dla porównania „Little Boy” zrzucony na Hiroszimę zużył 0,60-0,86g. Jeżeli to o czym się dowiedzieliśmy, spróbujemy zastosować do bardzo dalekiej przyszłości, to skutki okazują się być katastrofalne. Materia powoli zamienia się w energię (np. światło). Proces przyspieszania wszechświata ciągle rośnie. Ostatecznie osiągamy dwa scenariusze:
Cała materia we wszechświecie zamieni się w jakąś prostą formę energii, która nie ma masy (fotony). Żeby zrobić zegar, potrzeba czegoś co ma masę. A przesunięcie w przestrzeni dzieje się również w czasie, więc potrzebujemy zegara aby mieć skalę odległości. Wszechświat traci więc poczucie skali, odległości i czas tracą sens fizyczny. Może to trudne do zrozumienia na pierwszy rzut, ale tak to jest jak się żyje czasoprzestrzeni, a nie w czasie i przestrzeni (jako dwa oddzielne byty).
Druga możliwość prowadzi do tego samego, ale inny jest powód. Wszechświat rozszerzający się coraz szybciej dochodzi do stanu, w którym odległości pomiędzy cząsteczkami rosną tak szybko, że światło nie nadąża. Więc wszystko co istnieje, jest porozdzielane na pojedyncze składniki zawieszone w wielkiej i czarnej pustce, bo światło jest za wolne aby doleciało gdziekolwiek. Świat gubi skalę i znowu czas i przestrzeń przestają mieć sens.
No i okazuje się, że ten bardzo długi kij ma jednak dwa końce. Oczywiście cały pomysł jest nie do przyjęcia za ostateczny – popełniam bowiem najgorszy z możliwych grzechów w dzisiejszej fizyce. Cała ta wizja zaczyna i kończy się najróżniejszymi nieskończonościami, a jak kiedyś usłyszałem: „W fizyce nieskończoność oznacza tyle, że fizyk się poddaje”. Postaram się kiedyś rozwinąć ten problem, bowiem można z niego wysnuć ciekawe spostrzeżenia.
Wniosek z tego co pisałem jest jeden, ale jakże radykalny: wieczność jako funkcja czasu nie istnieje! Jak będę miał okazję, to zapytam księdza jak to się ma do życia wiecznego po śmierci.
Jeżeli jeszcze możecie to czytać, to teraz pomęczę wasze mózgi jeszcze troszeczkę. Dlaczego czas płynie z taką a nie inną prędkością? Co by się stało gdybym przyspieszył albo zwolnił czas stukrotnie? NIC! Zmieniając prędkość czasu zmieniam też przy okazji szybkość zegarów, co niweluje wszelkie poczucie zmiany. Ciekawe nie?
I ostatni temat do rozmyśleń: Czas można odczuć, dzięki temu, że coś się zmienia, zgodnie z drugą zasadą termodynamiki (wszystko robi się coraz mniej uporządkowane, raz spalone drewno nie będzie chciało się samo poskładać i nadawać do palenia jeszcze raz). A gdym miał magiczne pudełko, w którym zmiany przestają zachodzić, to co stałoby się gdym wrzucił tam zegarek? Zakładam, że może tam podróżować światło, bo inaczej wnętrze pudełka byłoby zawsze przed nami skryte. Wskazówki zegarka zatrzymałyby się… i tu można zakończyć obserwacje. Nic się tam potem nie zmienia, i nie będzie zmieniać. Czas w tym pudełku nie daje się zmierzyć, chociaż obserwujemy jego wnętrze. Więc może czas jest tylko złudzeniem, a to co nazywamy czasem to tylko interakcje pomiędzy obiektami?
EDIT: Nie ma takiego pudełka, wyklucza go pojęcie energii punktu zerowego.
EDIT: Nie ma takiego pudełka, wyklucza go pojęcie energii punktu zerowego.
Uwaga, cokolwiek napisane powyżej wynika z własnych obserwacji i rozmyślań, baaaardzo luźno opartych na wzorach. A zdrowy rozsądek często nie ma zastosowania w nauce. Jeżeli jakiś fizyk to znajdzie to proszę o wskazanie błędów logicznych.
I uwaga na zimę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















